Na ścieżkach Australii: mistyczny czar Uluru

Być w Australii i nie zobaczyć Uluru, to jak pojechać do Paryża i nawet nie spojrzeć na wieżę Eiffla. Po Nowej Południowej Walii i Victorii kolejnym stanem Australii, do którego poleciałem, było Terytorium Północne. Na cały świat słynie ze skały Uluru. To samo serce kontynentu, środek Australii i jednocześnie święte miejsce Aborygenów.

Sanktuarium

Planując tu wycieczkę poczytałem, mrożące krew w żyłach historie o tym, że Uluru to swego rodzaju miejsce przeklęte, że pech spotyka każdego, kto zabierze stąd na pamiątkę choćby jeden kamyk w niepowtarzalnym rdzawo-czerwono-brązowawym kolorze. Leciałem tu z Melbourne z otwartą głową, na spotkanie z miejscem kultowym i kulturą, która dziś jest ledwo cieniem tego, czym była, nim Australię zamieszkali biali koloniści. Nie wiedziałem, co zastanę na miejscu i nie wiedziałem, czego – prócz ciągłego uważania na niebezpieczne zwierzęta – mogę się tu spodziewać.

Gdy po trwającym 4 godziny locie z Melbourne Boeing wreszcie dotknął kołami czerwonej ziemi, odetchnąłem głęboko. Znajdowałem się na terytorium Aborygenów, w miejscu, o którym marzyłem całe lata. Co mnie tu czekało?

Urok prowincjonalnej Australii

Z lotniska wszyscy turyści mają zapewniony bezpłatny transfer do resortu Yulara. Jest to rodzaj miasteczka dla turystów, których nie brakuje tu cały okrągły rok. Mamy tu supermarket, pocztę, sklepy z pamiątkami, optyka, restauracje, bary, fast foody – wszystko, czego potrzebuje turysta na kompletnym pustkowiu. Znajdują się tu kompleksy apartamentów, bungalowy z dostępem do basenu, a wszystko przykryte charakterystyczną dla Australii karbowaną blachą. Miało to swój urok, bo właśnie tu, podczas wieczornych imprez w otwartym do późna w nocy barze z telewizją, można poczuć klimat prowincjonalnej, prawdziwej Australii. Na wieczornego drinka do baru ściągnęli nie tylko turyści, ale i miejscowi aussies, dzięki czemu miałem możliwość uczestnictwa w lokalnej, nie turystycznej imprezie. Bawiłem się na niej świetnie!

Późnym popołudniem powędrowałem ścieżką wiodącą wśród traw i krzewów na niewielkie wzniesienie, z którego widać było zarówno skałę Uluru, jak i Kata Tjuta. W tamtym momencie dotarło do mnie z cała mocą, gdzie jestem i że spełnia się właśnie jedno z marzeń mojego życia. Szło na ulewę, było ciepło, ale nie gorąco, ani nie duszno, a ja w samym sercu Australii, w samym środku tajemnicy, jaką dla białego człowieka stanowią te twory natury. To było piękne, niezapomniane popołudnie.

Oprócz zabitego przez samochód węża, który nawet pośmiertnie stwarzał groźne wrażenie, jedynym dziko żyjącym zwierzątkiem, które spotkałem pierwszego dnia w Yularze – oprócz kilku miejscowych niegroźnych pająków oraz patyczaka – była ta oto urocza jaszczurka. Owszem, była całkiem spora, ale nie wydawała sie w żaden sposób nieszkodliwa.

Pobudka: 4 rano. Wyjazd do parku narodowego Kata Tjuta – o godz. 5:00 po to, by powitać dzień na specjalnym, przygotowanym w buszu dla turystów drewnianym podeście. Ja i kilkadziesiąt innych osób czekaliśmy na wschód słońca, które w niezwykle ładny sposób oświetla skały. Niestety, natura pokrzyżowała nam trochę plany i z powodu pochmurnego nieba nie udało się uchwycić pierwszych promieni wschodzącego słońca, tańczących na skałach Kata Tjuta.

Wyczekiwanie, emocje wysoko, tymczasem słońce wzeszło i owszem – ale za chmurami 😉

Kierowca, który przywiózł nas tu, wyjaśnił pokrótce zasady obowiązujące w Kata Tjuta. Okazuje się że jeśli temperatura danego dnia przekracza 30 stopni, od godziny 11:00 szlak jest dla turystów zamknięty. Ten biały krzyż na zielonym tle to radio, służące do tego, by wezwać pomocy na wypadek zasłabnięcia czy wypadku. Po kilkukrotnym przypomnieniu, że musimy się nawadniać i jeszcze kilku ostrzeżeniach, mogliśmy wejść na szlak.

Niespiesznie zanurzamy się między wzniesienia, które wyglądają, jakby powstały na innej planecie. Czas wędrówki został obliczony na 3 godziny, mamy spotkać się przy busie w komplecie, około godziny 11:00. Tymczasem przed nami tajemnicze, piękne miejsce. Ruszyłem więc przed siebie chłonąc przyrodę wokół.

Wiodący między wzgórzami szlak, miejscami mniej lub bardziej stromy, został bardzo dobrze opisany i przygotowany technicznie. Przekonałem się po raz kolejny, że w Australii bardzo poważnie podchodzi się do kwestii bezpieczeństwa podczas kontaktu człowieka z naturą. Ten system służy człowiekowi na każdym kroku, niczego nie pozostawiając przypadkowi. Zamykanie szlaków, gdy jest za gorąco, dokładne oznaczenia odległości i miejsc, ratunkowe radia na wypadek nagłego zdarzenia.  Choć Australijczycy wciąż chyba jeszcze uczą się obsługiwać swój kontynent i jego nieokiełznaną przyrodę, to widać, że działają z wyprzedzeniem, zabezpieczając się na wszelkie możliwe sposoby.

Kata Tjuta – z języka Aborygenów oznacza „Miejsce Wielu Głów”, rozciąga się 30 km na zachód od Uluru. Kompleks skał znany jest również pod nazwą Olgi lub Olgas, od nazwy najwyższego wzniesienia. Poraża ogrom tego miejsca, prawie po horyzont rozciągają się fantazyjne w swoich kształtach wzniesienia. Wysokości względne wynoszą ponad 60 metrów, a bezwzględne sięgają 1069 m n.p.m. Skały, które budują ten niezwykły masyw to zlepieńce. Zwraca uwagę forma wzniesień, które przypominają wielkie kopuły. Jest to efekt wietrzenia kulistego, które zachodzi w litych skałach w suchym klimacie.

Jeśli dobrze się przyjrzeć, to w skałach można zobaczyć jakby „wmurowane” otoczaki granitów i gnejsów, a w głębszych partiach zasadowe skały wulkaniczne, czyli np. bazalty. Są też skały metamorficzne, takie jak piaskowce kwarcytowe. Jest to niesamowite ze względu na różnorodność skał w jednym miejscu! Dla geologów po prostu bajka!

Święte miejsce kobiet

Dla Aborygenów Kata Tjuta jest świętym miejscem kobiet, które spowija największa tajemnica, nie ujawniana nawet współplemieńcom. Zabroniony był tu w związku z tym wstęp mężczyznom. Wywodzi się stąd wielu mitycznych bohaterów aborygeńskich legend. Tutaj także rozgrywało się wiele mitycznych wydarzeń. Nie używało się tu otwartego ognia i nie piło wody ze stawu.

Dolina Wiatru to jakby wrota do Edenu. Niezwykłe piękno tego miejsca podkreśla kontrast pomiędzy niebieskim niebem i pomarańczowym odcieniem zlepieńcowych skał. Jest tu majestatycznie i bajecznie.

Aż żal było opuszczać to miejsce. Chciałoby się tu zostać dłużej, usiąść na czerwonej ziemi i śledzić obłoki nad skałami, podziwiać fantazyjne kształty i wdychać zapachy australijskiego interioru.

Niestety, zbliżała się godzina umówionego spotkania, więc nawet nie było już czasu, by się tu gdzieś zatrzymać i nacieszyć tym nieziemskim widokiem. Odjeżdżałem z Kata Tjuty ze wspomnieniem unikalnego piękna tego miejsca, panującego tu przyjaznego klimatu i ze świadomością, ile znaczy człowiek w obliczu sił przyrody. Wróciłem do Yulary, by odpocząć przed wizytą w jednym z najsłynniejszych i najbardziej posępnych miejsca świata…

Niczym drapieżnik

Uluru… Naprawdę przypomina drapieżnika, jakiegoś potwora, który czai się, by zaatakować. Atmosfera jest tu zgoła inna niż w Kata Tjuta. Ja tu czułem grozę. Dlaczego? Trudno powiedzieć, ale chodzi się po tym miejscu z duszą na ramieniu. I nie tylko ja miałem takie odczucia.

Nazwę „Ayers Rock” nadał Wiliam Cristie Gosse w 1873 roku – wspinając się na jej szczyt, ponad 345 metrów nad równiną – na cześć premiera Południowej Australii, Henrego Ayersa. Droga dojazdowa pod skałę pozwala ocenić sobie jej ogrom. Aby ją obejść, potrzeba aż 3 godzin – szlak okrężny liczy sobie ponad 10 km długości. Nie można zapomnieć o zapasie wody i ochronie od słońca.

Skała jest zbudowana z piaskowców, które ustawione są tu bardzo stromo. Stoki są niemal pionowe, ale jak widać na zdjęciach, mocno zerodowane.

Naturalne procesy wietrzenia doprowadziły do powstania specyficznego układu skał, który Aborygeni interpretują jako walkę ludów pytona skalnego Kunija i jadowitych węży – wojowników Liru.

Po odsłonięciu wierzchniej warstwy skały piaskowcowej powstawały płytkie jaskinie nazywane tafoni, co dodaje formacji dodatkowej tajemniczości. Niektórzy widzą tu twarze, inni postacie zwierząt, jeszcze inni jakieś potwory.

Na powierzchni skały widoczne są bruzdy, rozcięcia, jamy, zagłębienia. Zostały one uformowane przez spływające i przesiąkające wody opadowe. Głębokie bruzdy  i rynny powstają przez erozję spowodowaną płynącymi strugami wody, która następnie gromadzi się w misach erozyjnych. Woda spływając po skale jest wzbogacana związkami żelaza, które są następnie wytrącane na powierzchni, jeszcze bardziej ją cementując.

Skała w wielu miejscach pęka w wyniku insolacji, czyli wietrzenia termicznego i działania promieni słonecznych oraz w wyniku wymywania przez wody opadowe. Dodatkowo działa tu również wiatr.

Niesamowite formy rzeźby masywu skalnego Uluru były również zaczątkiem i źródłem legend i mitów dla  Aborygenów. Mają znaczenie mistyczne – są bowiem według nich dziełem totemicznych przodków, wyobrażając ich pobyt i czyny. Malowidła na skałach i rytuały z nią związane wiele mówią o komunikacji z przodkami i przejmowania ich sił życiowych.

Zachód słońca nad Uluru to jeden z obowiązkowych punktów każdej wyprawy. To magiczny moment, podczas którego skała mieni się różnymi kolorami. Goście hotelowi mają tu do dyspozycji, naturalnie za dodatkową opłatą, możliwość wypicia lampki szampana i zjedzenia kolacji. Tu również, w pobliżu miejsc parkingowych, Aborygeni, głównie kobiety, sprzedają swoje rękodzieło.

Zapytacie: a gdzie zdjęcia Aborygenów? Odpowiadam: nie mam. Nie zrobiłem celowo. Współcześni Aborygeni,  ci, z którymi miałem do czynienia w Uluru, „zmieleni” w jakiś sposób przez wrogi system, który chciał ich na siłę cywilizować, który ich wręcz wykastrował i skrzywdził, to dziś zaledwie cień dawnego dumnego narodu. Było mi smutno i przykro, gdy widziałem kilkoro Aborygenów, stanowiących swoistą „atrakcję turystyczną”. Nie miałem sumienia uwieczniać ich na zdjęciu, choć może i powinienem, by pokazać, jak biały człowiek traktuje inną kulturę, jak ją niszczy, a potem z poczuciem winy usiłuje nieudolnie naprawić swoje błędy…

Zagrożone dziedzictwo

Biały człowiek zniszczył kulturę Aborygenów, zabierając im ziemię, spychając rdzenną ludność kontynentu do roli wręcz przedmiotu. W ramach „cywilizowania” rdzennej ludności odebrano rodzinom kilkaset tysięcy dzieci. Opamiętanie przyszło zbyt późno, choć dobrze, że w ogóle przyszło. Aktualnie od lat 90-tych XX wieku Australijczycy próbuje się to naprawiać. Społecznościom lokalnym zwracana jest ziemia, sam teren Uluru również ma stać się ich własnością i wreszcie zdemontuje się słynne schody na skalę, które od lat kaleczą to święte miejsce.

Trudna historia

Spoglądając na skałę nie sposób pomyśleć o historii i losie rdzennej ludności tej ziemi. W roku 1787 przybiły do zatoki Sydney okręty z Europy i założono pierwszą karną kolonie. Oczywiście pierwsi koloniści nie byli – delikatnie mówiąc –  nastawieni do siebie nawzajem pozytywnie i pokojowo, nie mówiąc już o tubylcach. Dla białych rdzenna Australia stanowiła kolejny region do zagospodarowania i eksploatacji. Rdzenna ludność, co zresztą zrozumiałe, nie chciała się podporządkować i pracować niewolniczo. Ziemia była na tyle nieprzychylna i groźna dla przybyszów, że w żaden sposób nie poddawała się zabiegom i grabieży. Dla rdzennych plemion natomiast (było ich w Australii kilkaset) to właśnie ona stanowiła największą wartość, gdyż była ziemią ich przodków, ich dziedzictwem, kulturą, sensem ich życia.

Majestatyczna skała Uluru w blasku promieni zachodzącego słońca.

Kata Tjuta oddalona z tego miejsca o ponad 30 km zdaje się być „na wyciągnięcie ręki”.

Wiara Aborygenów jest dla nas odległa, tajemnicza i niezrozumiała, pojawiają się takie elementy, jak: tzw.”czas snu” i totemiczność. Czas snu to coś, co jest wieczne (tak jak dla nas Bóg). To w „czasie snu” z ziemi powstały i wyodrębniły się istoty duchów i przodków. Ich istnienie z kolei dało początek skałom, roślinom, zwierzętom. Od tysięcy lat tradycje plemion australijskich były przekazywane ustnie. Dla Aborygenów więzy plemienne i dobro grupy było nadrzędne, a największą czcią otaczali samą ziemię przodków. Dla protestanckich osadników było to niezrozumiałe, bo przecież „musimy czynić sobie ziemię poddaną”.

Co dziś z tego zostało? Chyba niewiele. Australia wciąż przepracowuje swoją trudną historię, podkreślając na każdym kroku, jak ważne jest dziedzictwo Aborygenów, ile wnieśli oni do kultury, etc. Nie ma w tym dla mnie autentyczności, wydaje mi się, że jest wymuszony, poprawny politycznie żal Australijczyków i prawdziwa tragedia rdzennych mieszkańców, zepchniętych gdzieś na margines życia.

 

Podsumowanie: dojazd i pobyt w Yulara Resort

Do Uluru (Ayers Rock) najłatwiej dotrzeć ze względu na dużą odległość samolotem. Loty mają oczywiście różne ceny w zależności od dnia miesiąca pory roku czy sezonu. Linią, która obsługuje najwięcej połączeń jest Jetstar Australia. Ceny połączeń z Melbourne wahają się obecnie w granicach od 189 do nawet ponad 500 $ od osoby w jedną stronę, tanio nie jest ale warto ze względu na czas dojazdu.  Odpowiednio z Sydney do Ayers Rock od 178 do 390 $ od osoby w jedną stronę. Polecam sprawdzać co jakiś czas ceny ze względu na promocje może się okazać że znajdziecie bardzo okazyjne rozwiązanie. Ja zapłaciłem za lot z Melbourne Tullmarine do Ayers Rock 213 $ w obie strony to była naprawdę dobra oferta.

Dojazd z portu lotniczego do resortu Yulara, w którym znajdują się hotele i cała infrastruktura turystyczna bezpłatny. Autobusy mają rozkład dostosowany do godzin odlotów i przylotów samolotów. Na zwiedzanie Uluru i Kata Tjuta trzeba wykupić specjalny voucher na autobus – specjalizują się w tym różne firmy ja wybrałem Hop On Hop Off  Dla osoby jest to koszt 120 $ na cały dzień. Do samej skały Uluru koszt przejazdu to 49 $ a do Kata Tjuta 95 $. Pobyt dla dwóch osób w Yulara za 3 dni – Outback Pionner Hotel 660 $ Taniej jest w pokojach wieloosobowych o standardzie hotelu – Pionner Lodge od 38 $ od osoby za łóżko. Dostępne pokoje o rożnych standardach można znaleźć na tej stronie. 

Dodaj komentarz