Na ścieżkach Australii: wśród szklanych wież Melbourne

W Australii nie ma drugiego takiego miasta jak Melbourne. Serio! Takiej jakości przestrzeni publicznych, tak nowoczesnej architektury, tak wspaniałych knajpek ze świetną kuchnią ze świecą szukać na całym kontynencie! Sydney oszałamia: ikonicznymi budowlami, znanymi na cały świat, rozmachem, świadomością, że jest się w jednym z najbardziej pożądanych miejsc na kuli ziemskiej, urodą niespotykaną nigdzie indziej, plażami. Adrenaliny dostarcza też fakt, że miasto założono na terytorium występowania najbardziej niebezpiecznych pająków. To wszystko składa się na obraz Sydney, metropolii, o której każdy marzy. Jak jest z Melbourne?

Urok Melbourne

Melbourne nie oszałamia. Melbourne dosłownie rzuca na kolana: rozmachem, nowoczesnością, urodą miasta, wspaniałą kuchnią, sympatycznymi ludźmi, czystością, wspaniałą przyrodą. Wiązki szklanych, kolorowych wież wśród rozległych dzielnic domów w stylu kolonialnym, gwarne centrum pulsujące w piątkowe i sobotnie wieczory, przecudnej urody parki z sympatycznymi, puchatymi mieszkańcami, a do tego kuchnia nie dość, że bardzo dobra, to jeszcze tańsza niż w Sydney. Gdybym miał wybierać z tych dwóch miast, wybrałbym właśnie Melbourne. Przyjazne, nowoczesne, czyste. Po prostu dobre miejsce, emanujące super pozytywną energią, dzięki której chce się tu przebywać, chce się tu zamieszkać. I nie tylko ja bym wybrał to miasto: to właśnie Melbourne przez kilka lat, między 2011 a 2015 rokiem dzierżyło palmę zwycięstwa w rankingu miast najlepszych do zamieszkania wg prestiżowego pisma „The Economist”, wyprzedzając min. Sydney, kanadyjskie Vancouver czy Wiedeń. W Melbourne znajduje się również największe skupisko polskiej emigracji na kontynencie.

Miasto wieżowców

Centrum tego ponad 4 milionowego miasta nie tylko onieśmiela wspaniałą architekturą, lecz przede wszystkim zachwyca przyjazną atmosferą. Na ulicach między wieżowcami toczy się normalne życie, któremu ton nadają przepiękne fasady starych i nowych budynków oraz nowoczesne przestrzenie publiczne. Nigdy bym siebie nie podejrzewał o to, że zachwycą mnie wieżowce. Mnie, człowieka chodzącego po górach, zakochanego w przyrodzie i pieszych wędrówkach. Tymczasem nowoczesna architektura stolicy stanu Viktoria  mnie urzekła. Pokazała, że nawet przeskalowane budynki mogą mieć ludzki, kameralny wymiar, że wieżowce stojące na wyciągnięcie ręki przy każdej ulicy w centrum są dla ludzi. W przyziemiu są normalne sklepy, instytucje, wyżej nad nimi wartymi miliony apartamentami cieszą się ich właściciele. Widziałem wiele miast z wieżowcami, ale żadnego, którego nowoczesna architektura choć w części przypominałaby to, co widziałem w  Melbourne.

System dla ludzi…

…a nie ludzie dla systemu. W Melbourne – podobnie zresztą, jak w innych miejscach w Australii, które odwiedziłem – zastosowano rozwiązania mające ułatwić, nie utrudnić życie mieszkańcom czy turystom. Mówiąc prościej – w Australii to system służy ludziom, nie odwrotnie. Ma być prosto, przyjaźnie, bezpiecznie. Człowiek, jego komfort, bezpieczeństwo są najważniejsze – szerzej napiszę o tym w innym miejscu. Pierwsze z tych rozwiązań to szachownica ulic, która ułatwia orientację. To oznacza, że trudno jest tu zabłądzić. Ulice oznaczone są bardzo czytelnie, bez problemu zlokalizujemy się na mapie.

Plus za komunikację miejską

Fajnie rozwiązany jest transport publiczny. Warto wspomnieć, że sieć połączeń tramwajowych jest tu najdłuższa na świecie! Jedna z linii o numerze 35, tzw. City Circle – wagony w stylu retro – kursuje wokół centrum Melbourne i jest bezpłatna. Cieszy się ogromną popularnością zarówno wśród turystów, jak i mieszkańców. Tak jak w przypadku Sydney (karta Opal), tu również skorzystać można z karty komunikacyjnej. Doładowujemy ją i sprawdzamy saldo w specjalnych automatach. Karta  Myki jest dostępna w kasach i w dużej części marketów. Obowiązuje na obszarze całego stanu Victoria, którego Melbourne jest stolicą.

Wiele twarzy miasta

Na zdjęciach poniżej: bezpośrednie otoczenie mojego hotelu. Piękne, stare, skąpane we wszechobecnej zieleni kamieniczki z ażurowymi, metalowymi balkonami to charakterystyczny widok w Melbourne.

Tu nieco mniej wystawna część miasta, z niewielkimi domkami, otoczonymi miniaturowymi ogródkami.

Poniżej bardzo klimatyczna dzielnica, którą doszedłem do stopnia wodnego na rzece Yarra. Pełno knajpek, klubów muzycznych, butików, salonów masażu i tatuażu, sklepów meblowych, siłowni, barów, dyskotek – w dzień spokojnie, w nocy z pewnością się tu dzieje. Tu czuć klimat miasta, jego bardziej rozrywkowej części. Bardzo interesujące miejsce, do którego bardzo chciałbym móc kiedyś jeszcze zajrzeć.

Ulica blisko mojego hotelu po zachodzie słońca – nie miałem już sił, by po powrocie po całodziennej wyprawie wrócić tu i zrobić nocne zdjęcia. Spokojnie, klimatycznie, wręcz sennie, nudnawo – a jednocześnie niezwykle sympatycznie. Kameralnie, jak na wsi, choć zaledwie dwieście metrów dalej pną się w niebo futurystyczne wieże wysokie na kilkaset metrów.

Żywe pająki na wystawie, czyli niecodzienne atrakcje Melbourne Museum

Na zdjęciach poniżej widzicie Carlton Gardens. To piękna, parkowa okolica Melbourne Museum, która urzeka kameralną, a nawet biesiadną atmosferą. Owszem, biesiadowałem tu, na tej miękkiej, czystej, ciepłej trawie. Ważna rzecz w Australii: po trawnikach można chodzić, można na nich biwakować, siedzieć, turlać się. Są zadbane, czyste, bez psich kup, w tutejszym klimacie trawa nawet zadeptana szybko się regeneruje. Dlatego widząc ludzi, którzy normalnie chodzą tam po trawnikach, odegnałem precz wyrzuty sumienia i zszedłem z betonowej dróżki na miękką, zieloną. Utrudzone długim chodzeniem stopy wręcz krzyknęły mi podziękowania!

Ogrody Carlton obejmują zarówno siedzibę dawnego parlamentu oraz nowoczesne muzeum. Tu link do muzeum z godzinami otwarcia i ofertą. Na zdjęciach poniżej: jedna z ekspozycji muzeum w postaci lasu tropikalnego. Tak, tropikalny las w atrium muzeum, zarówno flora, jak i fauna. Wspaniałe miejsce dla każdego, kto chciałby bliżej poznać przyrodę Australii. Mieć tę egzotykę na wyciągnięcie ręki i nie skorzystać z niej było grzechem, dlatego moim zdaniem wizyta w Muzeum od Melbourne to żelazny punkt każdej wizyty w tym mieście. Szczególnie, że muzeum oferuje również atrakcje związane z założeniem miasta, pionierami na tej nieludzkiej, jakże niegościnnej ziemi oraz próbuje zmierzyć się z niezwykle trudną, tragiczną kwestią Aborygenów.

W muzeum pełno dzieci, ale nic dziwnego, bo które dziecko nie chciałoby zobaczyć na żywo szkieletów wielorybów, gadów czy dinozaurów?

Nie będę się rozpisywał o samym muzeum, w którym spokojnie można spędzić cały dzień. To wszystko jest dostępne na stronie internetowej placówki. Na zdjęciach poniżej: fotki z ekspozycji poświęconej żyjącym w morzu kreaturkom. Na jednym ze zdjęć widać narzędzia w pomarańczowym kolorze, służące do połowu krabów i innych skorupiaków, który widok na tej wystawie przyprawia o dreszcze.

Atraks, czyli król jest tylko jeden

Australia pająkami stoi. Pierwsze pytanie, które słyszałem odnośnie mojego wyjazdu do Australii, dotyczyło tych właśnie stworzeń. Coś takiego jest w pająkach, że tak się ich boimy, tak nas obrzydzają, a jednocześnie fascynują? Pająk pająkowi nierówny, ale jedno trzeba wiedzieć przyjeżdżając na najmniejszy kontynent świata: król jest tu tylko jeden. Nazywa się atraks i jest uważany za najbardziej jadowitego, najniebezpieczniejszego pająka na świecie.

Mały zabójca

Atrax robustus, czyli ptasznik australijski (nie jest to jednak ptasznik), zwany również podkopnikiem, nie wygląda okazale. Ma do zaledwie 6 cm wielkości, więc przy tych wszystkich włochatych misiowatych tarantulach, z którymi zrobiłem sobie zdjęcia poniżej, jest wręcz karzełkiem. Ale karzełkiem śmiertelnie niebezpiecznym. Ma kolor  brunatnoczarny, żyje w szczelinach, pod kamieniami, pod pniami, w krzakach, wszędzie tam, gdzie ciemno, gdzie może sobie wybudować sieci. Nie występuje aż tak daleko na południu, w Melbourne – jego rejony to australijskie stany Queensland i Nowa Południowa Walia, stolicą której jest Sydney. Mieszkańcy Sydney muszą się więc mieć na baczności, szczególnie w okresie od grudnia do kwietnia (w tym czasie i ja byłem w pobliżu), bo wtedy właśnie przypada największa aktywność samców tego gatunków. Gnani instynktem wyłażą z nor i wędrują z miejsca w miejsce, również przez ogrody, nierzadko też przez domy, szukając sobie dziewczyny. W tych miesiącach właśnie ludzie najczęściej spotykają się z tym pająkiem.

Uwaga, pająk!

Atraks jest wyjątkowo agresywny. Gdy coś go zaniepokoi, staje na tylnych nogach, przyjmując  postawę obroną. Atakuje błyskawicznie, a jego szczękoczułki przebiją nie tylko paznokieć, czy ubranie, ale mogą również przedrzeć się przez buta. Co ciekawe, zwierzęta domowe, jak psy i koty, nie są aż tak wrażliwe na ukąszenia podkopnika, jak człowiek.

Ocenia się, ze co roku ok. 30 osób zostaje ukąszonych przez podkopnika. Objawy ukąszenia to łzawienie, skurcze mięśni, ślinotok. Człowiek oblewa się potem, serce wali mu jak oszalałe, ciśnienie krwi rośnie. Czasem ofiary wymiotują, czasem tracą przytomność. Gdy nie poda się odpowiedniej surowicy, ciśnienie krwi może spaść do tak niskiego poziomu, że stanie serce.

Podaje się, że do 1979 roku odnotowano około 26 przypadków śmierci spowodowanych spotkaniem z atraksem. Co istotne, większość osób, które zmarły, to małe dzieci bądź osoby starsze czy przewlekle chore. Odkąd wynaleziono surowicę, czyli od 1980 roku, nie zanotowano żadnego przypadku śmierci spowodowanej ukąszeniem pająka. Człowiek silny i zdrowy być może poradziłby sobie z jadem atraksa, ale lepiej tego nie próbować i nie wkładać rąk w żadne szczeliny na łonie natury, a w domu zawsze wytrzepywać buty, nim założy się je na stopę.

Żywy podkopnik znalazł się na wystawie w muzeum, gdzie zaaranżowano mu nawet warunki zbliżone do tych naturalnych. Niestety nie udało mi się zrobić mu zdjęcia, bo zwinął się w kulkę w całkowitej ciemności i choć starałem się jak mogłem, nijak nie chciał się pokazać.

A oto i „misie”, na szczęście nie tak groźne i oddzielone ode mnie grubą szybą. No i nieżywe.

Inny mały zabójca, groźny szczególnie dla dzieci, to Latrodectus hasselti, czyli redback spider, bliski kuzyn amerykańskiej czarnej wdowy: mały, czarny, z czerwoną pręgą na korpusie.  Jest bardzo mały, ale bardzo jadowity. Najczęściej gryzie samica, ukąszenia są bardzo bolesne i wymagają interwencji lekarza. Tu mieszka sobie w szklanym pudle w muzeum, gdzie każdy może go z bliska zobaczyć.

Kolejna galeria „straszydeł”, tym razem zakonserwowanych w formalinie. Horror, co nie? Przynajmniej dla mnie, bo widok ciał tych stworzeń w szkle zrobił na mnie piorunujące wrażenie. To gotowa scenografia do jakiegoś dreszczowca!

Muzeum, jak już wspomniałem, spokojnie wypełni cały jeden dzień. Są tu wystawy poświęcone nie tylko pochodzeniu człowieka, ale i wypchane zwierzęta (dla mnie to dość nieprzyjemna wystawa, bo widok wypchanych koali i innych stworzeń nie sprawił mi radości), dużo miejsca poświęcono też historii miasta. Stąd szereg pamiątek po pionierach, odtworzona chata mieszkańców Sydney sprzed ponad 100 lat czy repliki pierwszych tramwajów, które jeździły ulicami miasta.

W drodze do ogrodu botanicznego

Rzeka Yarra to hydrologiczna arteria miasta. Widoczny znad jej brzegów skyline – panorama wieżowców – jest imponujący i można go zobaczyć na wielu folderach czy pocztówkach reklamujących miasto. Blisko również do Królewskich Ogrodów Botanicznych, miejsca, które należy koniecznie zobaczyć będąc w Melbourne. Od budynku dworca – Flinders Street kierujemy się w prawo przez most wzdłuż St. Kilda Street, a następnie w lewo do Alexandra Gardens. Po wyjściu z budynku dworca otaczają nas wieże strzelistych biurowców  ale nie sposób nie zauważyć katedry św. Pawła. Spoglądając na jej gmach od razu nasuwają się skojarzenia z europejskimi świątyniami. Stoi w historycznym centrum miasta, tu też ulokowano w 1836 roku pierwszą chrześcijańską świątynię.

By ukoić nerwy po oglądaniu pająków i czytaniu o tym, co potrafią zrobić, zapraszam do ogrodu botanicznego. Australia to fauna i flora, przyroda pełną gębą, egzotyka jakiej próżno szukać w Europie, nawet południowej. Każdy turysta powinien przejść przez ogrody botaniczne, by poczuć, zobaczyć na żywo, dotknąć, posmakować tej nieskrępowanej radosnej wybujałej flory, rosnącej beztrosko pod rozpalonym do 40 stopni przez trzy miesiące w roku australijskim niebem.

W ogrodzie botanicznym w Melbourne jest przegląd wszystkich roślin rosnących na kontynencie i nie tylko na nim. Jest tu co oglądać i podziwiać.

Angielskie, romantyczne założenie ogrodowe jeszcze bardziej podkreśla urok tego niezwykłego miejsca. Bez obawy, że atraks ukąsi w stopę, można tu śmiało urządzić piknik na trawie!

Niedaleko wyjścia z ogrody jest stanowisko sukulentów, gdzie mamy kaktusy z całego chyba świata. Rośnie tu też pokaźnych rozmiarów baobab. Aha, zapomniałem dodać – wejście do ogrodu jest bezpłatne. Skoro wejście do takiego raju nic nie kosztuje, to powiedzcie sami, jak nie kochać takiego miasta?

Melbourne  było dla mnie przystankiem w drodze do wnętrze kontynentu, do mistycznego Uluru. Po powrocie z Ayers Rock spędziłem w stolicy stanu Victoria jeszcze kilka dni, szczelnie wypełnionych atrakcjami, o których wkrótce napiszę. Dziękuję, że daliście się mi zaprosić do Melbourne!