Tani wyjazd – czy to możliwe? Dziesięć zasad, jak nie zbankrutować po zagranicznej eskapadzie

Listopad ma to do siebie, że im bliżej końca roku, tym mniej chce nam się wychodzić z domu. O czwartej po południu jest już ciemno, a w dzień, nawet gdy na chwilę zaświeci słońce, odechciewa się spacerowania czy jakiejkolwiek aktywności z powodu przenikliwego ziąbu, który szczególnie w Gdańsku daje się we znaki. Czyli co: z powodu jesieni zamykać się w domu i nigdzie nie jechać?

Nie! Tym bardziej trzeba się ruszyć. Przy odrobinie szczęścia i wcześniejszego planowania można na kilka dni wyskoczyć z zimnej, mrocznej polskiej jesieni wprost pod słońce na bezchmurnym niebie, tak jak mi się to udało w listopadzie (przygotowuję właśnie wpis o pobycie w Rzymie przed dwoma tygodniami). Taki wyjazd nie musi być wcale długi, może trwać zaledwie dwa dni, za to powinien być konkretny po to, by nałapać trochę słońca i choć na moment oderwać się od codzienności.

Wiele osób specjalnie na wyjazdy zaciąga kredyty i nie liczy się z kosztami. Więc ten wpis raczej nie dla nich. Zakładam jednak, że wielu z Was chciałoby pojechać w miarą tanio i nie przepłacać na miejscu. Jak to zrobić? Czy taki ekonomiczny trip jest możliwy? Żeby po powrocie z takiej wycieczki czy wakacji nie złapać się za głowę z powodu tragicznego stanu konta, trzeba spełnić kilka warunków i pamiętać o kilku rzeczach. Niektóre, jak choćby kwestia paszportu, wydają się nie mieć nic wspólnego z kosztami wyprawy, ale okazuje się, że jednak mają i to całkiem sporo.

1. Paszport – sprawa podstawowa. Nieważne, jak daleko się wybieramy, paszport zabieramy na każdy wyjazd. Uwaga, sprawdzajcie datę jego ważności! Moi znajomi nie pojechali na wakacje, bo na 3 dni przed wylotem okazało się, że paszporty obojga od blisko pół roku są nieważne. Stracili pieniądze, czas, nerwy, bo za zabukowane hotele i dalszy przelot nikt pieniędzy im nie oddał. Pamiętajcie więc o ważności paszportu.

2. Bilety lotnicze – im wcześniej je zakupimy, tym taniej. Nie zawsze da się przewidzieć, co będziemy robić w listopadowy czy grudniowy weekend już w marcu, ale próbujcie. Bilety kupione wcześniej potrafią być i z reguły są o wiele tańsze. Przykład: mi udało się kupić bilety z Polski na malezyjską część Borneo (około 10 przelotów) za łączną kwotę… 2,500 zł, do Bergen swego czasu poleciałem za kilkadziesiąt złotych w jedną stronę, do Izraela też za raptem 400 zł w obie strony z Warszawy (na marginesie obecnie można do Ovdy pod Eilat polecieć nawet za 56 złotych w obie strony). Jeśli nawet z jakiegoś powodu wyjazd nie dojdzie do skutku, nie żal będzie aż tak bardzo kilkudziesięciu złotych (w tanich liniach nie opłaca się przebukowywać czy oddawać biletu, bo przekracza to zazwyczaj jego wartość w znaczny sposób).

3. Podstawowe informacje – przed wyjazdem w dane miejsce trzeba o nim poczytać. Można zaopatrzyć się w przewodnik, ale można również posiłkować się informacjami na blogu, który się subskrybuje. Dzięki temu można zaplanować wycieczkę ze wszystkimi szczegółami, uwzględniając miejscowe uwarunkowania kulturowe (jak w moim przypadku szabat w Izraelu), ceny biletów wstępu np. do muzeów, konieczność używania komunikacji miejskiej, etc.


4. Bagaż – tania wyprawa to kompaktowy bagaż, który w zasadzie może składać się z jednego niewielkiego plecaka, który możemy przewieźć jako bagaż podręczny np. w liniach Ryanair. Bielizna i skarpetki oraz dwa, trzy t-shirty na zmianę – na weekendową wyprawę nie trzeba niczego więcej. Nawet na dłuższą – gdy leciałem do Izraela na 10 dni, miałem niewiele więcej rzeczy i wszystko w jednym plecaku. Podstawowe kosmetyki i szczoteczkę do zębów można kupić sobie na miejscu, po przylocie, oszczędzając dźwigania tego z lotniska czy pokazywania na bramce bezpieczeństwa.

5. Transfer na i z lotniska – warto mieć to na uwadze szczególnie wtedy, gdy kupujemy bilet na tanie linie lotnicze, które są często obsługiwane przez lotniska położone w dość sporej odległości od miasta, będącego celem podróży. Dlatego trzeba zawsze mieć drobne na bilet i opracowując budżet wyprawy uwzględnić dodatkowy koszt.

6. Komunikacja miejska – system transportu w miejscu, do którego wybieramy, może okazać się sporym obciążeniem dla budżetu. Z reguły atrakcyjne turystycznie miejscowości mają oferty komunikacji dla turystów – bilety kilkudniowe, czy dobowe. Niepotrzebna nam jednak karta miejska za kilka czy kilkanaście euro, jeśli miejsce, do którego przyjechaliśmy, planujemy zwiedzić pieszo. A planujemy bo patrz punkt 3 –  dowiedzieliśmy się o nim tyle, że wiemy, iż to realne. W ten sposób po pierwsze: spalimy trochę kalorii, po drugie – zostanie nam w kieszeni sporo grosza.

7. Jedzenie – unikamy knajp dla turystów. To wydaje się oczywiste, ale sam kilkakrotnie dałem się złowić w takie miejsca. Wszystkie pięknie wyglądające restauracje, puby, kawiarnie przy głównym ulicach bądź w miejscach szczególnie atrakcyjnych (np. okolice Watykanu czy Schodów Hiszpańskich w Rzymie) mają ceny o wiele wyższe, niż inne, usytuowane nieco dalej, nierzadko oferujące o wiele smaczniejszą i prawdziwe lokalną kuchnię bary. Choć tego nie polecam, w najgorszym przypadku można zjeść coś w miejscowej sieciówce (Jak np. McDonald), ale lepiej pochodzić trochę po bocznym uliczkach i spróbować lokalnych specjałów prosto od miejscowego restauratora. O tym, jak jeść za granicą i na co uważać, napiszę już wkrótce.


8. Napoje – kupimy wszędzie, najtaniej w marketach. Unikajcie ulicznych straganów z napojami, w Rzymie mała Cola od takiego handlarza kosztuje aż 4 euro. Jeśli chodzi o alkohol, to warto wiedzieć, że nie wszędzie jest dostępny całodobowo jak w Polsce. W Norwegii po 22 nie kupiłem w sklepie zwykłego piwa. Trzeba to wciąż pod uwagę, jak również czas pracy miejscowych sklepów w czasie weekendów.

Mamy już plan, co chcemy zobaczyć w miejscu, gdzie się wybieramy, jesteśmy szczęśliwi, bo zdobyliśmy tani bilet lotniczy, wiemy, czy będziemy korzystać z lokalnego transportu, czy nie – co dalej? Karty turystyczne – mój znajomy kilka lat temu w ciągu zaledwie jednego dnia wydał grubo ponad 100 zł na atrakcje Głównego i Starego Miasta w Gdańsku. Gdyby wiedział o karcie turysty, zaoszczędziłby sporo grosza. Dlatego należy zwrócić uwagę na takie właśnie oferty, przygotowując się do wyjazdu w dane miejsce. Może w ramach jednego biletu uda się wejść do kilku miejsc (w Rzymie za 12 euro mamy wejście do Forum Romanum i Koloseum).

9. Pamiątki – każdy z nas chciałby coś przywieźć z zagranicznego wyjazdu, choćby magnes na lodówkę. Targujcie się u ulicznych handlarzy, oczywiście z głową. Nikt raczej nie zejdzie z ceny 1 euro za magnes, ale może za dwa zapłacie 1,50 albo – jak ja w Nazarecie – kupię trzy magnesy w cenie… jednego. I po pamiątki warto się wybierać, gdy kupcy zwijają już swoje kramy, wtedy są najbardziej skorzy do obniżek cen

10. Euro – wiele osób, ja również, zapomina, że jedno euro to aż 4 zł. Dlatego widząc coś, co kosztuje 2, 3 czy 5 euro, traktujemy to jak okazję. Stop! Przed każdym zakupem trzeba przeliczyć, czy na pewno się opłaca. Miło jest przywieźć z wycieczki do Bergen tamtejszego trolla, ale nie za 250 zł w przeliczeniu na złotówki. Świadomość, ile naprawdę kosztuje to, co kupiliśmy sobie na pamiątkę, może pozbawić nas całej radości z wycieczki. Uważajcie na to!

Wszystko co napisałem, jest niby takie oczywiste, proste. Po lekturze tego wpisu wielu z Was może wzruszyć ramionami, że nie ma tu nic nowego. Że to wszystko taka oczywista oczywistość. Może to i prawda, ale w euforii po przyjeździe na wymarzony weekend czy wakacje i w konfrontacji z lokalnymi lodami po 3 euro za gałkę, czy kawą z ciachem za 15 euro krytycyzm i kalkulacja kosztów często się wyłączają. Opamiętanie przychodzi dopiero potem.

Comments

  1. Pingback: Jak jeść zagranicą, czyli 10 patentów na to, by nie przepłacić… - ścieżki mojego świata

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *