Neapol – trochę piekła, trochę nieba, trochę strachu. Wielkanoc 2017 we Włoszech, część III

Wielkanoc w Neapolu. Cóż… Trochę piekła, trochę nieba, czyściec to też nie jest, ale choć od powrotu minęło kilka tygodni, we mnie wciąż kłębią się sprzeczne emocje dotyczące Neapolu. Wyjazd tam był jedną z najcudowniejszych i najbardziej niezwykłych rzeczy, jakie było mi dane przeżyć. Bo i sam Neapol jest jednym z najbardziej niezwykłych miejsc, w których byłem. Ale czy chciałbym tam jeszcze wrócić, bo zwiedzić to, czego nie zdążyłem zobaczyć przez raptem półtora dnia pobytu? Nie wiem.

Trudny urok Neapolu

Są miasta, w których można się zakochać od pierwszych chwil. Dla mnie to m. in. Wrocław, Sarajewo, Sydney, Koszyce, Jerozolima czy Rzym. Są również miasta, które… No właśnie, trudno określić, co się do nich czuje. Miłość? Niechęć? Żal? Rozczarowanie? Zachwyt? Strach? Wszystkiego po trochu i coś jeszcze, co trudno zdefiniować, a co sprawia, że ulega się fascynacji danym miejscem. To miejsce pozostaje w głowie, na długi, długi czas. Rozmyśla się o nim, analizuje, chce się je poznać, ale z drugiej strony – czy na pewno? I po co?

Niczym strzał w twarz

Spotkanie z Neapolem było dla mnie doświadczeniem, które mogę porównać jedynie z uderzeniem obuchem w głowę. Nawet nie obuchem, co zderzakiem ciężarówki. Jak pamiętacie z mojego wcześniejszego wpisu, transfer z lotniska zakończył się przed dworcem kolejowym. Leży on przy niesławnym Piazza Garibaldi – jednym z najniebezpieczniejszych miejsc w mieście. To gigantyczny otoczony wysokimi kamienicami plac, wokół którego ciasno porozstawiali się na setkach stoisk czarnoskórzy sprzedawcy. Krzyk, hałas, trąbienie, wzmożony ruch uliczny, wszechobecny brud na chodnikach, sterty śmieci i ludzie, na których strach spojrzeć, bo nie  wiadomo, jak zareagują na kontakt wzrokowy – tak przywitał mnie Neapol chwilę po przylocie. Wracając do niego późnym popołudniem z Pompejów w Wielką Sobotę zastawiałem się, czy poznam jego inną twarz. A może po prostu zrozumiem to, co tam zastanę.

Nie tyle ładny, co piękny

Nie będę pisał o tym, jak piękny jest Neapol. Napisali o tym przede mną inni blogerzy-podróżnicy, przed blogerami pisarze, przed pisarzami jeszcze inni twórcy. Nie będę więc częstował Was  truizmami. To, że miasto jest przepiękne, to rozumie się samo przez się. Jego uroda jest jak kolejne warstwy ciasta, przekładanego kremem. Odkrywa się je, smakując powoli. Wiem jedno: żadne inne miasto na świecie, w którym byłem przed kwietniem 2017 roku, nie może się równać z Neapolem pod względem uroku. Monumentalny, mroczny, oszałamiający, miejscami cukierkowy, miejscami zgniły, z jednej strony przyjazny, z innej wrogi. Bywa całkiem sympatyczny, a jednocześnie bardzo niebezpieczny. Uroda Neapolu jest trudna. Czasem trudno ją dostrzec poprzez pryzmat zgrzybiałych, kamiennych ścian kamienic, pamiętających poprzednie stulecia, ciasnych uliczek z  praniem dyndającym nad głowami, miejsc, gdzie w ogóle nie dochodzi słońce. Chyba nigdzie w Europie nie jest tak, jak tu – i dlatego jest tu tak pięknie oraz wyjątkowo.

Neapol w dzień

Wynająłem mieszkanie przy kościele Chiesa Di San Giorgio Magiore. W labirynt wąskich uliczek, gdzie z trudem – o ile w ogóle  – dochodzi słoneczne światło, wchodziłem z duszą na ramieniu, choć był środek dnia. Nie można odmówić malowniczości tej części miasta, jednak trochę tu strasznie. Ale jak się przekonałem, adrenalina to nieustanny towarzysz mojej wizyty w Neapolu. Na zdjęciach poniżej: dzielnica Quarri Spagnoli, czyli owiana złą sławą Dzielnica Hiszpańska, położona w samym centrum Neapolu.

Centrum Neapolu w dzień to ruchliwe ulice, przez które trzeba bardzo szybko przechodzić (bardzo krótki cykl świateł dla pieszych – o ile w ogóle można przejść na pasach), a nich różnokolorowy tłum mieszkańców i turystów. Dopiero w bocznych uliczkach jest trochę spokoju, a bywa, że nawet pustki, co widać na fotkach. Idziemy kanionami monumentalnych kamienic, pałaców, budynków użyteczności publicznej, kościołów. Nie oszczędza ich grzyb, graficiarze ani miejscowy klimat. Na pięknych kamienicach krzykliwe płachty reklamy, podobne do tych, szpecących gdański krajobraz. Między nimi porozstawiane kolorowe kramy z bezwartościowymi na pierwszy rzut oka rzeczami, sprzedawanymi przez czarnoskórych sprzedawców, okutanych w puchowe kurtki.

Neapol w nocy

Początkowo nieświadom faktu, że wynająłem moje „bassi” – „bassi” to rodzaj neapolitańskiego, parterowego, jednoizbowego mieszkania dla ubogich – w cieszącym się nie najlepszą opinią miejscu, przechadzałem się wieczorami po Neapolu, chłonąc atmosferę miasta. Na szczęście nic złego mnie tam nie spotkało, ale w niektórych miejscach miałem niezłego pietra.

Kamienne ściany, obdarte z tynku, podświetlone latarniami, budowały niezapomniany nastrój. Światło wyłuskiwało z mroków elementy architektury na co dzień niewidoczne, dramatyzowało pokryte liszajem ściany, wydobywało spod brudu i reklam ozdobne detale, a przede wszystkim dodawało tajemniczości i niepowtarzalnego uroku niektórych zaułkom.

Nocleg w bassi

A oto i uliczka, przy której zamieszkałem. Szukając taniego noclegu na booking.com nie przepuszczałem, że trafię do „bassi”, tradycyjnego, neapolitańskiego mieszkania biedoty, zlokalizowanego na parterze, do którego wchodzi się prosto z ulicy. Moje bassi ulokowane było w dość starym budynku wysokim na około 5 pięter, mającym co najmniej 150 lat i mury grubości z pół metra, nie przy uliczce, a zwykłym przejściu między starymi kamienicami. Mieszkanie miało może ze 28 metrów kwadratowych powierzchni, wysokość 4 metrów, składało się z salonu z sypialnia i kuchnią, osobno była łazienka z toaletą. Cena 100 euro za dwie noce dla dwóch osób i żadnych ekstra wygód.

Zrozumieć miasto

Tu poczułem, jak mieszkają prawdziwi neapolitańczycy. Rozbijanie butelek pod drzwiami o 4 rano, śpiewy przez noc, zapach palonej gdzieś w zakamarkach dwustuletnich budowli marihuany, gonitwy i bójki na bruku, ciche pomruki basów dobiegające z placyku pełnego klubów, mieszczącego się za zakrętem i miłosne rozmowy przez całą noc – tak minęły mi dwie noce w tym miejscu. Moje mieszkanie reklamowano jako miejsce, w którym można poczuć prawdziwy Neapol. Ja go poczułem bardzo dobrze.

Po noclegu w bassi zacząłem chyba rozumieć tych wszystkich biednych chłopaków, wywodzących się z miejscowej biedoty, wychowanych w bassi z kilkorgiem rodzeństwa na tak małej powierzchni, w tak trudnych warunkach. Stanowili doskonały materiał na żołnierzy mafii, narzędzia w rękach bossów. Któż bowiem nie chciałby wyrwać się z takiej biedy? Dla mnie, turysty z chłodnej Polski, ta neapolitańska bieda, wyzierająca z zakamarków Dzielnicy Hiszpańskiej, całe to bassi, ma specyficzny, romantyczny urok. Ale przecież mieszkali tam i nadal mieszkają prawdziwi ludzie i prawdziwe są ich marzenia o lepszym życiu, o tym, by wyprowadzić się z ciemnego, ciasnego, dusznego mieszkania. A że kosztem złamania prawa?

W drodze na twierdzę

W niedzielę wielkanocną zostawiłem za sobą bassi z jego smutną historią i własnymi refleksjami na ten temat, po czym z rana ruszyłem w kierunku górującej nad miastem twierdzy. W Polsce Wielkanoc największe święto katolików, ale w stolicy Kampanii nie było tego za bardzo czuć. Owszem, zwykłe sklepy spożywcze i centra handlowe pozamykane, więc zakupy musiałem dzień wcześniej. Niemniej tłum ludzi na ulicach, sprzedawcy kwiatów, pizzy, wyrobów piekarniczych, kawy, uwijali się w jak w ukropie.

Przeszedłem przez ulicę handlową Via Tolledo i wszedłem między wysokie kamienice. Szedłem ulicą, która pięła się w górę, coraz bardziej oddalając się od centrum miasta. Te ściany, bez tynku, dyndające pranie, zabezpieczone folią przed padającym deszczem, odgłos kroków na mokrym bruku, wszechobecne skutery i małe autka – to wszystko składało się za niezwykły obraz miasta.

Wyżej i wyżej – po zaledwie paru minutach zacząłem wynurzać się z labiryntu urokliwych, wąskich, zastawionych autami i zawieszonych praniem uliczek. Spojrzałem na miasto i poczułem zachwyt na widok tego, co zobaczyłem. Wezuwiusz skrywał swój wierzchołek we mgle. Poniżej Zatoka Neapolitańska niczym tafla szkła, odbijająca nisko wiszące, zwiastujące ulewę chmury. Jeszcze niżej przepiękne, najeżone zabytkami miasto, będące prawdziwą perłą architektury. W tym momencie dotarło do mnie, jak niezwykłe jest to miasto i jak bardzo mi się w nim podoba!

Im wyżej, tym mniej zaniedbanych kamienic, za to widoki coraz piękniejsze.

Neapol to zaułki, mniej lub bardziej romantyczne i urokliwe, jak choćby te mijane  w drodze na twierdzę drzwi w murze. Dokąd prowadziły? Co się za nimi kryło? Co krok mamy tu takie klimatyczne miejsca. Trzeba mieć tylko szeroko otwarte oczy i wyłapywać te fajne rzeczy wśród masy mniej interesujących.

Kolejne drzwi, prowadzące do czyjegoś domu. Tak, w drodze na twierdzę, wzdłuż schodów,  które szczególnie w upalny dzień mogą zdawać się bez końca, mieszkają zwykli ludzie. W Polsce te bezcenne zabytkowe budowle zamieniałyby się w siedziby muzeów lub innych instytucji publicznych, hotele, apartamentowce z mieszkaniami po 10 tysięcy zł za metr, a tu służą mieszkańcom. I nikt za bardzo nie przejmuje się tym, że budynkach pamiętające czasy, gdy na Tronie Piotrowym zasiadł Borgia, dosłownie się  sypią. Mają służyć ludziom, nie ideom, więc służą. Tu, jak nigdzie indziej, czuć historię. Cała Italia to jedna wielka księga historii. W Neapolu ma się z nią do czynienia cały czas. To niezwykłe.

Twierdza Świętego Elma

Górująca nad Neapolem gargantuiczna twierdza świętego Elma, czynna codziennie od 8:30 do 16:15 (bilet kosztuje tylko 5 euro, każda pierwsza niedziela miesiąca gratis), oszałamia rozmachem i monumentalnością.

O twierdzy możecie poczytać w necie, więc nie będę powtarzał opisów, z czego została zbudowana, kto i jak ją wzniósł. Powiem tyle: mega konstrukcja, która wygląda, jakby wyrastała ze skały. I chyba wyrasta ze skały, sądząc po tym, co uwieczniłem na zdjęciu.

Z twierdzy rozciągają się widoki nie tylko na cały Neapol, ale i Zatokę, Wezuwiusza wraz z miasteczkami, które rozłożyły się szeroko pod masywem wulkanu. Nie można było chyba wybudować takiej budowli w lepszym miejscu, bo stąd widać każdy statek, zmierzający w stronę Neapolu.

Zejście z twierdzy

Skoro już wszedłem na twierdzę, wypadałoby z niej zejść. Zejście jednak okazało się jedną wielką niespodzianką. Po zaniedbanych, wąskich uliczkach z nigdy nie remontowanymi bezcennymi kamienicami, przyszedł czas na wspaniałą dzielnice Pallonetto. Jeszcze nigdy nigdzie nie widziałem w jednym miejscu tak niesamowicie ładnych, zadbanych, kolorowych kamienic i pałaców. Stoją tu jeden przy drugim, tonąc w tropikalnej zieleni, oszałamiając kolorami. Te budynki wyrastają ze skał, wiszą nad urwiskami, a widok z ich okien zapewne nie ma sobie równych. Oj,  nie było tu czuć biedy, jak wcześniej, tylko gruby hajs. Pytanie,  ile z tego hajsu należało, a może należy do neapolitańskiej mafii oraz czy za tym cukierkowym, bajkowym wręcz rozmachem architektonicznym, nie kryją się tragedie ludzi, zmuszonych opłacać się przestępcom?

Dostojne kamienice wręcz unosiły się w powietrzu, wzniesione na czubkach skał, czy zawieszone na kamiennych przęsłach między skałami. No i balkony, balkoniki – wszędzie, na każdym budynku. Na każdym piętrze.

Tę dzielnicę i jej urok trudno opisać słowami. Dobrze, że mam kilka tych zdjęć do pokazania, mówią więcej, niż tysiąc słów.

Im bliżej Zatoki, im niżej, tym więcej sklepów z luksusowymi markami. No tak, w takiej dzielnicy nie mieszkają ludzie biedni, więc żeby nie musieli daleko jechać, luksusowe domy mody pootwierały swoje studiu i show roomy właśnie tu.

Spacer promenadą

Po zejściu z góry schodzimy do dzielnicy Santa Lucia i wchodzimy na promenadę Caracciolo, która ciągnie się do cypla, zakończonego przystanią jachtową. Promenada ma kilka kilometrów długości i taki spacer może zająć nawet kilka godzin. Dla mnie, ponieważ lubię chodzić, była to dla mnie czysta przyjemność. Po drodze z jednej strony mamy zatokę, z drugiej kamienice i apartamentowce. Przy zatoce mijamy zamek przy wodzie, Castel dell Ovo. Niestety, nie starczyło mi czasu na jego zwiedzanie.

Piękne kamienice wyglądały jak ciastka tortowe: czekoladowy biszkopt przełożony kremem kawowym albo żółte ciasto z czekoladą. Takie nieodparte wrażenie, gdy je mijałem.

A oto i przystań jachtowa, i ja na tle zatoki oraz Wezuwiusza. Zatokę, wulkan i całe otoczenie można podziwiać godzinami, niezależnie od wszelkich atrakcji oferowanych przez Neapol. To część magii tego miasta i włoskiej Kampanii.

Moja uwagę przykuł oryginalny stragan, przyozdobiony żółtymi cytrynami (cześć była sztucznych, a część prawdziwa i pochodząca z Positano, sądząc po gigantycznych rozmiarach). Wisiało  w tym straganie coś, co wyglądało jak wieprzowe bądź wołowe wnętrzności, konkretnie: żołądki oraz jeszcze inne kawałki mięsa. Co to było? Nie wiem. Całość kompozycji uzupełniały jeszcze aluminiowe wiadra. Po co? Nie wiem. Do dziś nie rozwiązałem tej zagadki, ale chyba był to po prostu uliczny stragan oferujący na sprzedaż  podroby zwierzęce.

Promenadą obróciłem w dwie godziny i wróciłem do centrum miasta przez gigantyczny Piazza del Plebiscito. Ten plac ma z kilka tysięcy metrów kwadratowych powierzchni. Mieszczą się przy nim dwa charakterystyczne i ważne dla Neapolu zabytki. Jednym z nich jest Palazzo Reale, niegdysiejsza siedziba królów Neapolu. Drugi to świątynia San Francesco di Paoli, wzniesiony niespełna 200 lat temu kościół, stanowiący kopię rzymskiego Panteonu.

Na chwilę wszedłem do wnętrza kościoła pw. św. Franciszka z Paoli, ale głupio mi było robić zdjęcia, bo akurat trwały tam przygotowania do nabożeństwa. Wróciłem na Via Toledo, a przy okazji zajrzałem jeszcze do nieczynnej w niedzielę wielkanocną niezwykłej galerii handlowej Umberto I.

Jedzenie w Neapolu

Trudno byłoby pobić smak tak doskonałej pizzy, jakiej kosztowałem w Sorrento, więc odpuściłem sobie to danie w Neapolu kosztem innych. Na pierwszy ogień: mortadela. Klasyczna, włoska, prawdziwa mortadela, panierowana, podana w bułce, kosztująca 3 euro. Zupełnie co innego niż polska mortadela, stanowiąca słabą podróbkę tej oryginalnej. Taka jedna bułeczka jak na zdjęciach była dla mnie obiadem podczas pierwszego dnia pobytu w stolicy Kampanii.

Ciasta, ciasteczka, słodycze, lody. Ciastka po 3,50 euro, lody też nie tanie, bo gałka od 1,50 do nawet 3 euro. Ale za to jaki smak! Chyba na prawdziwej, tłustej śmietanie!

Na śniadanie w niedzielę wielkanocną wystarczyła mi jedynie espresso za 2 euro w towarzystwie nadziewanej wytrawnej bułeczki za 1,50 euro.

Śmieję się znad tego makaronu, podanego w jednej z knajpek przy Castel dell Ovo, ale nie bardzo mi do śmiechu. Ta piękna obiadowa porcja, jaką zamówiłem w restauracji pękającej od klientów, smakowała bardzo średnio. Koszt takiego makaronu między 7 a 9 euro. Lepszy chyba byłby kawałek pizzy na wynos za 3 euro…

Kapliczki w Neapolu

Neapol stoi maleńkimi, ślicznymi kapliczkami. W drodze na twierdze i z twierdzy oraz chodząc po mieście mijałem je wielokrotnie. Kapliczki są umieszczone na ścianach kamienic, bywają też usytuowane na klatkach schodowych kamieniec, można je spotkać także na dziedzińcach. W środku umieszczone są obrazy religijne: Matki Boskiej bądź jakiegoś świętego. Na wielu widać datę ich powstania. Neapolitańczycy bardzo dbają  o te miejsca. Zazwyczaj w kapliczkach są wstawione świeże kwiaty, codziennie palą się świece. Znajdziemy tu również informacje dotyczące wszelakich łask, które spłynęły na wiernych za ich pośrednictwem.

Tradycja mówi, że kapliczki, jak i ich lokowanie przyczyniały się do poprawy  bezpieczeństwa w nocy. W jaki sposób? Za pomocą palących się tu światełek. Pomagało to podobno zorientować w mieście. Obecność kapliczek oznaczała również uduchowienie mieszkańców. Panował w mieście przesąd, iż złodzieje obawiali się napadać i okradać wszystkie mieszkania, mające na ścianach, przed sobą bądź w bezpośredniej bliskości jakiekolwiek kapliczki.

Koszty: Wielkanoc we włoskiej Kampanii

Plan wyjazdu był taki: czwartek, 13 kwietnia 2017 r. przylot do Neapolu o 18:35, następnie przejazd do Sorrento pociągiem Circumvesuviana i zarezerwowany nocleg. Wielki Piątek, 14 kwietnia to  wycieczka z Sorrento do Positano, potem wyjazd do Pompejów i nocleg w Pompejach. W Wielką Sobotę, 15 kwietnia wyjazd do Neapolu i dwa noclegi w tym mieście do wielkanocnego poniedziałku, 17 kwietnia.

Liniami Ryanair dolecimy z Gdańska do Neapolu już od 57 zł od osoby. Niestety, loty w święta są drogie, w granicach nawet 300-400 zł w obie strony lub więcej. Mi udało się upolować bilety w cenie około 160 zł w obie strony od osoby, kilka miesięcy przed wyjazdem. Miało to swoje minusy, bo musiałem wylecieć już w czwartek, a powrót był z samego rana w wielkanocny poniedziałek. To przełożyło się na to, że nie zdążyłem zobaczyć w Neapolu wszystkiego, co chciałem, ale cóż, to dobry powód, by tam wrócić.

Transfer z lotniska do centrum Neapolu, do przystanku Piazza Garibaldi, to koszt 4 euro od osoby (trzeba mieć drobne, gdy kupujemy u kierowcy autobusu firmy Alibus). Przystanek Alibusa usytuowany jest w odległości ok. 200 metrów do wyjścia z portu lotniczego, autobusy jeżdżą często, co ok. 20 minut.

Do Sorrento dojeżdza się kolejką podmiejską  Cirkumvesuwiana, to coś jak, np. SKM w Gdańsku. Bilet do Sorrento kosztuje ok. 4,50 euro dla jednej osoby, jedzie się 15 przystanków około godziny. Nocleg w hotelu w Sorrento to koszt ok. 250 zł za dwie osoby ze śniadaniem, koszt przejazdu do Positano to ok. 4 euro. Nocleg w Pompejach to koszt ok. 160 zł za dwie osoby, w Neapolu 390 zł za dwie osoby/dwie noce. Łącznie noclegi kosztowały 800 zł za dwie osoby.

Podsumowanie

Całkowity koszt wyjazdu wielkanocnego do Włoch w kwietniu 2017 r. wyniósł za dwie osoby ok. 1400 zł z duuuużym zapasem, w tym wszystkie noclegi, wszystkie przejazdy, taksówka na lotnisko w poniedziałek wielkanocny (20 euro). Do tego trzeba doliczyć po ok. 140 euro (z duuużym zapasem) na osobę na jedzenie, bilet wstępu do stanowiska archeologicznego w Pompejach, wycieczka na Wezuwiusza, wino (butelka 2 litry od 3 do 4,50 euro). Drogo czy tanio? Biorąc pod uwagę mnogość atrakcji, ilość odwiedzonych miejsc, emocje związane z wejściem na Wezuwiusza i zwiedzanie Pompejów, kilometry w nogach, pyszne jedzenie, cudowny klimat – wszystko to było to warte tej ceny.

Wrócę do Neapolu? Kto wie? Na pewno nie latem – nie ma powodu, by smażyć się w 45 stopniach w kamiennych wąwozach neapolitańskich ulic. Marzec, kwiecień bądź październik, listopad to najlepsze miesiące, by się tam pojawić. W końcu jest tam jeszcze tyle do zobaczenia, że raczej na pewno się skuszę.

x

Comments

  1. Pingback: Dokąd i za ile polecimy z Gdańska? Część IV: południowa Europa i Izrael od 95 zł w jedną stronę - ścieżki mojego świata

Dodaj komentarz