Wielkanoc zagranicą – święta Zmartwychwstania Pańskiego 2017 we włoskiej Kampanii, część I

Zamiast jajek – oliwki, zamiast polskiej szynki – prosciutto, zamiast białej kiełbasy – mule: Wielkanoc zagranicą, konkretnie we Włoszech, przećwiczona przeze mnie i przetestowana pod wieloma względami, daje radę. Bardzo! No i stanowi miłą odmianę po swojskim, tradycyjnym polskim biesiadowaniu.

Pomysł, by spędzić Wielkanoc zagranicą, w Neapolu i jego okolicach narodził się odpowiednio wcześniej, około jesieni zeszłego roku. Udało mi się kupić w dobrej cenie ok. 140 złotych bilety lotnicze na trasie Gdańsk – Neapol – Gdańsk. Zostało już tylko planowanie wyjazdu i atrakcji, jakie chciałem zobaczyć po drodze.

Wyjazd zaplanowałem następująco: czwartek, 13 kwietnia: przylot do Neapolu 18:35, przejazd do Sorrento pociągiem Circumvesuviana i zarezerwowany nocleg; Wielki Piątek, 14 kwietnia: wycieczka z Sorrento do Positano, potem wyjazd do Pompejów i nocleg; w Wielką Sobotę, 15 kwietnia wyjazd do Neapolu i dwa noclegi w tym mieście do wielkanocnego poniedziałku, 17 kwietnia, kiedy to wróciłem do Gdańska niemalże w samo południe.

Pierwszy przystanek: Neapol

Nim to wszystko nastąpiło musiałem dostać się do samego Neapolu. Wsiadłem więc do samolotu na Lotnisku im. Lecha Wałęsy w Gdańsku i po ponad dwóch godzinach wylądowałem na lotnisku w Neapolu. Nie wiedziałem, jak potoczy się cały wyjazd, zdałem się więc lekko na żywioł. Owszem, bywałem we Włoszech już wcześniej, konkretnie w kilku miasteczkach położonych u podnóży Alp Julijskich, przy okazji moich wakacji spędzanych w Kranjskiej Gorze. Nigdy wcześniej jednak nie odwiedzałem tak dużego włoskiego miasta, o którym mówi się „zobaczyć i umrzeć”. Byłem ciekaw, czy te słowa znajdą potwierdzenie w rzeczywistości. Zastanawiałem się czy urzeknie mnie magia i klimat miasta, czy jest tam bezpiecznie (na ten temat też krążyły różne opowieści), a ja przecież lubię się zaszyć w różne zakamarki i krążyć poza utartymi szlakami.

Zobaczyć Neapol i…

Z lotniska do centrum Neapolu, konkretnie pod Napoli Stazione Centrale e Porto kursuje  autobus popularnej linia Alibus. Bilet można kupić na lotnisku w sklepie Sun Store lub u kierowcy. Kosztuje 5 Eu. Wraz z z kilkudziesięcioma naszymi rodakami, którzy również postanowili spędzić te Wielkanoc zagranicą dotarłem po około 20 minutowej jeździe w okolice centrum Neapolu. Gdy wysiadłem, odniosłem wrażenie, jakbym znalazł się w trzecim świecie. Piękne, dostojne kamienice, a między nimi tony śmieci, wokół bezdomni, emigranci z Afryki handlujący czym się da; gigantyczny uliczny gwar, klaksony pędzących we wszystkich kierunkach samochodów, między przechodniami uzbrojeni żołnierze i wojskowe pojazdy. Na zdjęciach poniżej udało się oddać nieco tego specyficznego klimatu. To po prostu trzeba przeżyć. Czy tego się spodziewałem? Trudno powiedzieć, ale chyba nie, przynajmniej nie po centrum miasta, położonego w kraju należącym do UE od kilkudziesięciu lat.

Dojazd do Sorrento nie przedstawia większych trudności. Najlepiej skorzystać z linii kolejowej Circumvesuviana. Tutaj znajdziecie aktualny rozkład. Pociągi kursują dość często. Bilety można zakupić w automatach na stacjach i na przystankach. Należy dostać się najpierw na stację Napoli Garibaldi, która jest dużym węzłem komunikacyjnym, stąd w stronę Sorrento mamy 15 przystanków. Jeśli chcielibyście wysiąść wcześniej, np. w Herculanum, musimy przejechać 4 przystanki do stacji Ercolano Scavi, do Pomejów 9 przystanków do stacji Pompeii Scavi Villa Misteri. Ceny za przejazd Neapol Garibaldi-Sorrento wynoszą 4,50 Euro, koszt na trasie Neapol Garibaldi-Pompeje to 3,20 Euro, a do Herculanum pojedziemy z Neapolu w cenie dobrego espresso, czyli za jedyne 2,50 Euro.

W drodze do Sorrento

Aby dotrzeć do pociągu, który miał mnie zawieźć do Sorrento, musiałem zejść na poziom minus jeden i kierować się piktogramami kierującymi na stację Garibaldi. Po drodze mijałem jeszcze schody ruchome, jeden zakręt, tunel, potem drugi zakręt, aż w końcu dotarłem na peron stacji Napoli Garibaldi. To niezwykle obskurne, ciemne, zaniedbane, przygnębiające miejsce, wypisz wymaluj, jak z filmu o ubogich przedmieściach. Również pociąg, który nadjechał, nie był czysty ani nowy – stary gruchot z pootwieranymi oknami, brudny, pomazany sprayem. Stare wagony pamiętające lata 80-te, niedopałki na podłodze, osoby palące papierosy i nie tylko w przedziale oraz biegające samopas dzieci i ich bierni rodzice… Dalekie to wszystko od estetyki znanej nam z Trójmiasta. Dlatego zastanówcie się, proszę, gdy będziecie krytykować naszą SKM-kę. Wystarczy jedna podróż do Neapolu, by docenić to, co mamy u siebie. Serio.

Drugi przystanek – Sorrento, czyli Wielkanoc zagranicą o zapachu pomarańczy

Nie ukrywam, że z ulgą wysiadłem na stacji w Sorrento. Choć to kwiecień, mimo to było ciepło, około 19 stopni. Powietrze wypełniał gęsty aromat pomarańczy, które rosną tu jak jabłka w polskich sadach. Ruszyłem do hotelu, wdychając ten cudowny zapach. Światło ulicznych lamp podkreślało urok wąskich uliczek, którymi wędrowałem i ukrytych w ogrodach budowli. O tym, że na pewno jestem we Włoszech, świadczył jeden z symboli tego państwa, a w zasadzie kilka symboli – zaparkowane w rządku klasyczne skuterki. Takie same jak we włoskich reklamach i filmach. Sam hotel urzekał z zewnątrz – kameralny, uroczy, elegancki. Wtedy jeszcze nie wiedziałem, że naprzeciwko znajduje się tradycyjna włoska trattoria, ze smakami, które mnie zaskoczyły. Ale o tym za chwilę. Zameldowałem się, rozpakowałem w pokoju i wyszedłem na balkon, z którego rozciągał się zachwycający widok.

Po szybkim odświeżeniu się ruszyłem na miasto. Miałem niesamowite szczęście załapać się na procesję. To piękna i bardzo widowiskowa tradycja związaną z Wielkim Piątkiem we Włoszech, zwłaszcza w południowych regionach i na Sycylii. Są to procesje pokutników, różnych bractw religijnych, zakapturzonych, śpiewających pieśni pokutne, przemierzających ulice w habitach, niosąc figury Chrystusa czy miejscowych świętych. Te obserwowane z boku przemarsze, z zapalonymi pochodniami, dźwięk dzwonków, śpiew, na przemian z ciszą przerywaną tylko krokami przechodzących korowodów robią piorunujące wrażenie. Zobaczcie to na filmikach, które zamieściłem na swoim kanale na Youtube tu, tu, tu albo tu. Dzięki takim procesjom tę Wielkanoc zagranicą zapamiętam na długo.

Po obejrzeniu procesji nabrałem chęci na tradycyjną włoską kuchnię, jak przystało na Wielkanoc zagranicą. Jak już wspomniałem, naprzeciwko hotelu był restauracja, oferująca dania włoskie. Urzekło mnie ciepłe wnętrze, jednoznacznie kojarzące się z typową włoską trattorią. Przede wszystkim jednak obsługa: starsi panowie, którzy zęby dosłownie zjedli na pracy w gastronomii, być może w tym właśnie miejscu. Zupełnie inaczej smakuje jedzenie, gdy podaje je kelner, który robi to od 40 lat.

Jedzenie warte grzechu

Chciałem zjeść coś typowego, miejscowego, typową pizzę z tych okolic, w końcu spędzałem Wielkanoc zagranicą i postawiłem na lokalną kuchnię. Kelner, niemalże nie mówiący po angielsku (kolejny dobra wskazówka) tylko wskazał palcem na menu, którą pizzę mi  przyniesie. Nim ją otrzymałem, dostałem pieczony na miejscu chleb, z którym miałem zjeść zamówione przystawki: tuńczyka i mozzarellę z szynką. O ile tuńczyk jak tuńczyk, nie zachwycił, był poprawny, o tyle mozzarella z szynką była mistrzostwem świata. To, co wylądowało na talerzu, podane nieco nonszalancko – ot, na byle jak rzuconym liściu sałaty dwa plastry mozzarelli plus dwa plastry szybki krojonej od serca. Zacznę od sera – porcje z dużej gomółki ważyły chyba z 40 dkg! Nie pożałowano mi również szynki, krojonej na miejscu, pachnącej tak, jak tylko może pachnieć świeżo krojona specjalnym szerokim nożem, dojrzewająca „cudowność”. Była przepyszna: lekko ciągliwa, ze sporym zapasem tłuszczu, o intensywnym, głębokim smaku. Dla osób o mniejszych żołądkach mogła by nawet stanowić samodzielnie danie. Mozzarella? W niczym nie przypominała tej kupowanej w polskich sklepach, choćby nawet tej importowanej z Włoch. Ta tutaj miała aksamitny, głęboki, mleczny smak, była soczysta, krucha, no i było jej dużo. Naprawdę dużo.

To i tak pikuś, bo wszystko to zakasowała pizza. Cienkie ciasto z samej mąki, wody, oliwy i soli, było smaczne samo, nawet bez dodatków. Tych było niewiele – pomidorowy z pomidorów dojrzewających w słońcu południowych Włoch, gęstych, smacznych, pachnących, z niewielkim (!) dodatkiem ziół takich jak bazylia czy oregano. Na tę doskonale wyważoną kompozycję kucharz rzucił kilka plastrów świeżo krojonej szynki, a do tego… garść obranych orzechów włoskich. Jadłem w życiu setki pizz, bo to jedno z moich ulubionych dań, ale tak wybitnej, jak w tym miejscu, w Sorento, jeszcze nigdy. Gdy przyjedziecie do tego miasteczka, musicie jej spróbować! Kelner z pewnością ją Wam poleci.

Po takiej uczucie ruszyłem na kolejny spacer uliczkami Sorrento, jednak nie trwał on za długo, bo we znaki dało mi się zmęczenie po całym tygodniu pracy, locie samolotem i jakby nie patrzeć nieco męczącej i stresującej podróży kolejką.

Pierwszy nocleg  to uroczy, kameralny, pełen antycznych mebli hotel Corallo. Jedna noc dla dwóch osób wraz ze śniadaniem w postaci stołu szwedzkiego kosztowała 99 Euro. Do dyspozycji był komfortowy pokój z TV, łazienką oraz balkonem, z którego rozpościerał się piękny widok na Morze Tyrreńskie, dramatycznie opadające w dół skały klifów, a w oddali ledwo widoczny stożek Wezuwiusza. Wyjście rankiem na balkon z takim widokiem naprawdę zapiera dech w piersiach – tu czuć ducha Włoch, coś, co sprawia, że chce się tu być, mieszkać, żyć. Choćby tylko przez kilka dni, ale jednak. Wtedy nabrałem pewności, że Wielkanoc zagranicą była naprawdę dobrym pomysłem.

Śniadanie zjadłem na przepięknym tarasie z widokiem na cudowne klify i szalejące poniżej morze. Po śniadaniu wymeldowałem się z hotelu i idąc urokliwymi uliczkami Sorrento dotarłem do dworca autobusowego. Dopiero w świetle dnia ujrzałem piękno tego niesamowitego miasteczka, o którym Anna German śpiewała ‚Wróć do Sorrento”.

Wędrowałem uliczkami, mijając piękne wille ukryte w ogrodach, już skąpanych – choć to dopiero kwiecień – w oszałamiającej zieleni. Mijałem turystów, nielicznych o tej porze, włoskie kawiarnie i piekarnie, z przyciągającymi spojrzenie wyrobami cukierniczymi. W ciągu dnia zapach pomarańczy wcale nie zelżał – nadal unosił się w powietrzu, nadając mojej wizycie w tym mieście bajkowej wręcz aury.

Wybrzeże Amalfi, na którym leżą Sorrento i Positano, posiada rozwiniętą sieć połączeń autobusowych. Autobus z dworca w Sorrento odjeżdża co 30 minut, bilety w zależności od tego, gdzie jedziemy, kosztują odpowiednio: na 45 minut – 2.20 Euro, na 90 minut 3.40 Euro, można również wykupić opcje 24-godzinną za 6.80 Euro lub na 3 dni za 16 Euro. Dotarłem do centrum Sorrento, znalazłem dworzec, kupiłem w kasie bilet do Positano, po czym usiadłem w autobusie i ruszyłem w zachwycającą  podróż.

Trzeci przystanek: Positano

Przejazd do Positano zajmuje około 50 minut. Ten czas warto poświęcić na widoki, które ma się za oknem. Autobusy kursują przepiękną trasą nad stromym skalistym wybrzeżem. Widoki jedyne w swoim rodzaju. Nie ukrywam, że momentami miałem gęsią skórkę. Pojazdy poruszają się na tu na bardzo wąskiej, stromej, ciasnej drodze, częściowo wykutej w skałach, a częściowo podwieszonej nad skalistym wybrzeżem. Miejscowi kierowcy, jak i kierowcy autobusów poruszają się tu niemal na pamięć, przyspieszając i zwalniając, kiedy trzeba. Jeśli jednak ktoś wybierze się tu po raz pierwszy w życiu własnym transportem, to ta wyprawa może przyprawiać o dreszcz grozy.

Po około 50 minutach jazdy dotarłem do nieco zachmurzonego Positano, urokliwego miasteczka rozrzuconego na skalistym wybrzeżu w niezwykle romantyczny sposób. Po Sorrento już wiedziałem, czego się mogę spodziewać, ale Positano zachwyciło mnie jeszcze bardziej. Piękne, urokliwe, pełne ciasnych przejść i bardzo, bardzo włoskie.

Tu trzeba chodzić niespiesznie, pokonywać schody długie na kilkanaście metrów, przeciskać się przez ledwo widoczne przejścia, dotykając tym samym miejscowego życia, zaglądając tubylcom niemalże do domów. Taka architektura, taki układ ulic mógł narodzić się tylko we Włoszech. Ciasno, o wiele ciaśniej niż w Sorrento. Do tego: ogródki restauracyjne, nawet składające się zaledwie z trzech stolików z krzesłami, tuż przy pełnej ruchu ulicy. O ile Neapol dzień wcześniej nieco mnie przybił, witając w sposób niezbyt zachęcający, o tyle Sorrento, a potem Positano zatarło złe wrażenia. Podczas wizyty we Włoszech, w Neapolu, warto się tu wybrać.

Positano urzeka. Jest pięknie położone, w niesamowicie unikalny sposób, pełne malowniczych zakątków, niepowtarzalnych widoków z każdej ulicy. Te niewielkie z zewnątrz domki i kameralne pałacyki, zawieszone na skalnych półkach, kryją nie tylko dziesiątki kafejek, pokoi na wynajem, ale i prawdziwego włoskiego ducha. Do tego wszechobecna cytryna, jako symbol miasta, drukowana na koszulkach, makatkach, rysowana na ceramice, powielana w tysiącach motywów na tysiącach przedmiotów. Sorrento to pomarańcze, Positano – cytryny. Aromat cytrusów nie był tu aż tak wyczuwalny, ale patrząc na dorodne, ogromne owoce, które można było kupić niemalże na każdym rogu, wręcz czuło się ich smak i zapach.

Positano wygląda prawie tak, jak na znanych z internetu zdjęciach. Prawe: wrzuciłem surowe zdjęcia, bez upiększania, wykonywane przy pochmurnej pogodzie. Może gdyby słonce wyszło zza chmur, kolory budyneczków nabrałyby żywszych barw, ale na pewno by się nie zmieniły. A ja pamiętam Positano z internetu różnokolorowe, niemal we wszystkich odcieniach tęczy, cukierkowe do bólu. W rzeczywistości takie nie jest. To dobitny przykład na to, jakie cuda robi Photoshop i jak podkręca się dane miejsca, czyniąc je jeszcze bardziej atrakcyjnymi. Positano nawet, gdyby całe było w odcieniach bieli i tak robiłoby piorunujące wrażenie. To miasteczko warte, by przejechać tu  i pobyć choć chwilę w tym miejscu.

Na zakończenie pobytu w Positano wychyliłem małą czarną, czyli espresso w nastawionej na turystów kawiarni za 2,20 ero i zjadłem jedną z pyszności widocznych na zdjęciu powyżej. Nie zdołałem skupić się jednak na smaku, bo Wielkanoc zagranicą wciąż trwała, a więc myślałem już kolejnym etapie mojej podróży wielkanocnej. Za kilka godzin miałem się zjawić w Pompejach: umarłym, zaklętym w czasie i zastygłym w materiale piroklastycznym mieście, zniszczonym w spektakularnej erupcji jednego z najsłynniejszych wulkanów na świecie – Wezuwiusza.