Nowa Zelandia, 14-29 stycznia 2017, droga przez Szanghaj, przylot do Auckland

Moja podróż na wymarzoną Nową Zelandię rozpoczęła się z chwilą jej planowania, aż 7 miesięcy wcześniej, już w czerwcu 2016 r. Przygotowując się do wyjazdu do Izraela, świeżo po powrocie z Gruzji, myślami byłem już na drugiej półkuli. Planowałem odwiedzić południową i północną wyspę, nie spodziewałem się jednak, że zobaczę również fragment fascynujących, niesamowitych Chin. Wszystko za sprawą w miarę długiego oczekiwania na przesiadkę, ale zacznijmy od początku… 🙂

Zaplanowałem i wybrałem trasę z Frankfurtu przez Szanghaj do Auckland, powrót z Auckland do Pekinu, następnie do Frankfurtu. Wariant podróży, jaki obrałem, był najbardziej okazyjny i jednocześnie też atrakcyjny ze względu na odwiedzane zakątki świata. Wrzesień, wieczory coraz dłuższe, kilka godzin spędzonych nad doborem trasy i… Jest! 3700 złotych w obie strony! Nie zastanawiając się długo poprzez serwis Tripsta dokonałem rezerwacji lotu liniami Air China i Air New Zealand. Wylot z Gdańska do Frankfurtu i myśl o 12-godzinnym prawie locie lekko mnie odstraszał, ale czego się nie robi dla spełnienia marzeń?

W końcu nadeszły upragnione ferie zimowe. W sobotnie popołudnie, 14 stycznia, wsiadłem w samolot w Gdańsku i poleciałem do Frankfurtu. Wylot z Frankfurcie odbył się dopiero o godzinie 19.00. Tak właśnie wyglądał początek podróży życia, bo myślę, że teraz już tak mogę o niej pisać …

Wsiadłem do samolotu we Frankfurcie, wysiadłem dopiero o godzinie 13.10, następnego dnia, czyli 15 stycznia, już w Szanghaju. Radość ogromna, jednak przyćmiły ją problemy z telefonem… Wystarczyło, że wrzuciłem na FB kilka zdjęć z Szanghaju i od razu „troskliwy” operator Plus GSM zablokował mi telefon (internet i połączenia głosowe), bo nie przełączyłem się na roaming, a transfer danych przekroczył kwotę 240 zł. Nie chciałem kupować nowego startera w Szanghaju, tylko w Nowej Zelandii, więc pozostało mi jedynie zrobienie kilku zdjęć.

Słów kilka o procedurach: już w samolocie do Szanghaju można wypełnić kartę emigracyjną, gdzie wpisuje się dane osobowe oraz miejsce i cel pobytu w Chinach, a także numer lotu i jeszcze kilka potrzebnych danych. Jeśli tego nie zrobicie w samolocie, można oczywiście pobrać arkusz i wypełnić po wylądowaniu, ale po co tracić zbędne minuty? Przepisy wizowe pozwalają na 72- godzinny pobyt na terenie Chin, w danym mieście czy regionie. Po otrzymaniu specjalnej pieczątki na lotnisku dalej już można rozkoszować się pobytem w jednym z miast Kraju Środka, jakby nie patrzeć,  jednej z najstarszych i najbardziej fascynujących cywilizacji świata. W moim przypadku miastem tym na początku podróży okazał się właśnie Szanghaj.

Wiedząc, że mam czas tylko do 21.25 (lot do Auckland) zaplanowałem krótki trip, żeby chociaż trochę poczuć to niezwykłe miasto. Położone w delcie rzeki Jangcy, będące największym portem na świecie, jest miastem wielu kontrastów i o wielu twarzach. Jednak nim przyszło mi się nim nacieszyć, najpierw musiałem zmierzyć się z realiami Chin. Okazało się bowiem, że nie można zakupić biletu na komunikację miejską kartą płatniczą.  W tym celu musiałem najpierw udać się do bankomatu. Należy go dokładnie poszukać na lotnisku, a najlepiej zasięgnąć informacji (mi udało się podjechać schodami na piętro odpraw biletowo-bagażowych jeszcze przed ostatecznym opuszczeniem lotniska, potem pozostał tylko zakup biletu). Tak więc trzeba mieć przy sobie gotówkę w Chinach, ze względu na ograniczoną możliwość płatności kartami. Skorzystanie z bankomatu to jedna z pierwszych czynności, jakie trzeba wykonać jeszcze na lotnisku, pamiętajcie o tym.

Na miejscu przed terminalem spotkałem parkę wspaniałych młodych Chińczyków. Pomogli mi nie tylko dostać się najpierw na odpowiednią linię metra do centrum, ale i dali mi wiele bardzo pomocnych wskazówek odnośnie tego, co powinienem zobaczyć. Sama podróż z lotniska do centrum zajęła nieco ponad godzinę z przesiadką po drodze. Z lotniska Pudong najlepiej wsiąść w linię metra nr 2 (zielona linia) z przesiadką w Guanglam Rd. (zmiana toru, należy przejść  na tym samym peronie z pociągu do pociągu, który jeśli już nie czeka, to za minute lub dwie podjeżdża). Ja wysiadłem przy Longyang Rd., gdzie zaczyna się biznesowa i handlowa część centrum Szanghaju. Przejazd zajmuje ponad 40 minut. Plan linii metra znajduje się tu

Po wyjściu z metra uwagę przykuwają wieżowce, a wśród nich szczególnie trzy obiekty: Oriental Pearl Tv Tower – charakterystyczna wieża telewizyjna, Shanghai World Financial Centre – wysokościowiec przypominający nieco „otwieracz do butelek” o wysokości 492,3 m i trzeci z obiektów to Jin Mao Tower wysoki na 421m, 88 piętrowy biurowiec, rdzeń ma kształt ośmiokąta jest zaprojektowany tak, żeby wytrzymać napór tajfunowego wiatru o prędkości nawet do ponad 200 km/h. Nie mogę też oczywiście nie wspomnieć o zachwycającym, 128 – piętrowym, liczącym aż 630 metrów wysokości, a tym samym drugim, najwyższym budynku na świecie, a więc Shanghai Tower. Niestety, czasu nie starczyło, by przyjrzeć się tym budowlom bliżej, o wjeżdżaniu na ostatnie piętro i pamiątkowych zdjęciach z wysokości około pół kilometra już nie wspominając.

Po mieście spaceruje się komfortowo i bezpiecznie. Warto przejść się promenadą nad rzeką Huangpu, podziwiając niesamowity rozwój aglomeracji, gdzie nowoczesność splata się z pamiątkami przeszłości. Na trasie znajduje się park Mingzhu, stanowiący miłą odmianę po szklanych fasadach wysokościowców. Jest tu możliwość odwiedzenia Akwarium oceanicznego ze 120 metrowym oszklonym tunelem (jednym z najdłuższych na świecie tego typu obiektów), nad którym turyści mogą podziwiać gatunki żyjące na rafach i otwartych wodach oceanicznych. Godziny otwarcia od 9.00 do 18.00, ceny: dorośli – 160 RMB(ok. 95 złotych), dzieci – 110 RMB (65 złotych), link do tego tunelu znajdziecie tu.

Na zdjęciach poniżej: park Mingzhu, promenada oraz jeden z barów szybkiej obsługi. Ten akurat specjalizował się w tradycyjnych chińskich pierogach (pycha :),  testowałem kilka wersji, m.in. z nadzieniem  krewetkowym, wieprzowym i warzywnym (cena w granicach 20 RMB za porcję) plus ciekawa w smaku zupa limonkowa z kurczakiem, z dużą ilością kolendry i czegoś jeszcze, może grzybów, może jakiegoś innego specyfiku. Nie udało mi się odgadnąć pochodzenia tego czegoś, ale smakowało OK!

Po aktywnej, kilkugodzinnej wizycie w Szanghaju czekał mnie dłuugi lot, liczący aż 12 godz. i 40 minut do Auckland. Przelot liniami Air New Zealand wspominam bardzo miło, zwróciłem tam uwagę na wysoki komfort podróży i wspaniałą, przyjazną obsługę. To choć trochę umiliło ten nużący, niekończący się wręcz lot.

W końcu samolot dotknął kołami lotniska – byłem znów na ziemi. Dość zmęczony zmęczony podróżą najpierw skierowałem się z lotniska do autobusu linii Sky Bus, który jechał prosto do centrum Auckland. Sam przejazd zajmuje około 30-40 minut, bilety są do nabycia w kasach na lotnisku i w biurach na mieście. Koszt: 32 dolary nowozelandzkie w obie strony. Bilety można też zamówić drogą elektroniczną, zaoszczędzicie wówczas 2 dolary. Strona internetowa przewoźnika i rozkład jazdy znajduje się tu.

Nocleg, jeszcze w Polsce, za pośrednictwem portalu Booking.com, zarezerwowałem w Princeton Apartments. To apartamentowiec z pokojami dwuosobowymi oraz wspólną łazienką i kuchnią, całkiem dobry na taki pobyt, jaki tu zaplanowałem. Hotel mieści się na 30 Symonds Street, Grafton, Auckland 1010, tel. +649 950 8300. Cena od osoby za noc 44 dolary australijskie (126 złotych).  Ponieważ tuż obok apartamentowca stoi bardzo ładny kościół św. Pawła, zainspirowało mnie to do ruszenia natychmiast na miasto, nie patrząc na zmęczenie podrożą i zmianą czasu. Po drodze zobaczyłem Albert Park, budynek galerii sztuki w Auckland oraz kolonialny budynek dworca kolejowego Britomart. Sam transport publiczny w Auckland jest rozwiązany perfekcyjnie, biorąc pod uwagę dość trudną topografię miasta – półwyspy, wysepki, zatoczki okalające aglomerację. Możliwości, by poruszać się po mieście, jest wiele: autobusy, kolej, czy promy. link do organizatora transportu znajdziecie tu.

Całe Auckland jest otoczone wzgórzami, a wiele z nich to wygasłe stożki wulkaniczne. Tak jak góra Eden, na którą wspiąłem się na zakończenie pełnego wrażeń dnia. Cóż, zdobywałem swego czasu wyższe szczyty, więc wysokość nie zrobiła na mnie wrażenia (196 m n.p.m.), ale widok, jaki się rozpościera ze wzgórza już tak. To powinien być obowiązkowy punkt każdej wycieczki w Auckland. Droga piesza wiedzie przez park aż do krateru wygasłego wulkanu, a następnie na szczyt.

I na tym wzgórzu właśnie rozpocząłem swoją wyprawę, obmyślając dalsze etapy podróży, i tu właśnie, dwa tygodnie później, zakończyłem ją. Wpatrywałem się wówczas w zachodzące słońce rozkoszując się ostatnimi chwilami w Nowej Zelandii. Nim to jednak nastąpiło, dużo zwiedzania i oglądania wciąż było przede mną 🙂

W drodze powrotnej do centrum Auckland, po przejściu wiaduktem Grafton Bridge, skręciłem z ulicy Karangahape Rd. na ukryty wśród drzew, malowniczo położony cmentarz Symonds Street Cemetery. Jest to najstarszy cmentarz w Auckland i jeden z najstarszych miejskich cmentarzy w Nowej Zelandii. Został założony w 1841 roku. Obszar cmentarza był położony kiedyś poza granicami administracyjnymi miasta. Nekropolia została powiększona w 1842 roku i podzielona na sekcje dla różnych wyznań religijnych. Jest ważnym elementem krajobrazu  kulturowego, który zawiera szereg zabytkowych artefaktów takich jak płoty, ściany, chodniki, schody, historyczne nasadzenia, budynki i rzeźby. Spoczęło tu tysiące mieszkańców Auckland, w tym wielu prominentów.

Wróciłem wieczorem do hotelu i padłem na łóżko nieprzytomny ze zmęczenia, ale i szczęśliwy, że rozpocząłem niezwykłą podróż. Już wkrótce wyruszyć miałem to takich miejsc, jak Milford Sounds, Moonlight Track czy niepowtarzalne wulkaniczne piekiełko, czyli Wai-O-Topu 🙂

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *