Malezja, 14.02-26.02.2016, część V: Borneo, wejście na Mount Kinabalu, powrót do Kuala Lumpur

Piękny, widoczny z daleka masyw Kinabalu, owiany jest licznymi legendami. Sama nazwa wywodząca się od słów Aki Nabalu w jednym z narzeczy  borneańskich oznacza „miejsce kultu zmarłych”, druga wywodzi się od słów Cina Balu, w prostym tłumaczeniu „chińskiej wdowy”. Według podań ludowych chiński książę wspiął się na górę w poszukiwaniu wielkiej perły strzeżonej przez okrutnego smoka. Gdy wspinaczka zakończyła się sukcesem, ożenił się z kobietą z tutejszego plemienia. Wkrótce jednak porzucił ją i wrócił do Chin. Załamana żona co dzień wspinała się na szczyt góry, żeby go opłakiwać.

Granitowy, ogromny wierzchołek robi piorunujące wrażenie i prawie każdy, kto odwiedza tę część Borneo, z pożądaniem patrzy w jego kierunku. Podejście na Mount Kinabalu w partiach podszczytowych nie jest trudne technicznie, ale wysokość potrafi porządnie dokuczyć już po wyjściu ze schroniska. Sam szczyt osiąga bowiem wysokość  4095 m n.p.m.

Ludzie, których spotkałem zmierzając na szczyt, okazali się bardzo mili i pomocni. Mam tu na myśli szczególnie gospodarzy schroniska Laban Rata, usytuowanego pod szczytem. Byli dość ciekawi gościa takiego jak, ja z tak egzotycznego dla nich kraju, jak Polska. Ja z kolei byłem ciekaw ich, więc rozmowa bardzo się kleiła :). Wieczorem przed wędrówką rozmawialiśmy dość długo, opowiadałem im o Polsce, o moich podróżniczych zainteresowaniach, oni mi o życiu w cieniu wielkiej góry i ludziach, którzy wspinali się przede mną. Ucieszyli się, że posiadłem trochę wiedzy na temat Sabah, czyli prowincji Borneo, w której znajduje się masyw Kinabalu.

Rozmawialiśmy zajadając miejscowe pyszności -były to zarówno tradycyjne potrawy malezyjskie, przygotowane głównie na bazie drobiu i warzyw, ale i znalazły się tu, powiedzmy, „komercyjne” dania w postaci fasolki czy opiekanych ziemniaków. Jedzenie było tak dobre, a rozmowa z gospodarzami schroniska tak zajmująca, że nim się obejrzałem, zjadłem wszystko, a chciałem zrobić zdjęcie tych cudów na talerzu. Trudno, innym razem 🙂

Samo podejście pod szczyt zaczyna się już przy Centrum Informacji Parku Kinabalu (Kinabalu Park Headquarters), na wysokości 1564 m n.p.m. Stąd możliwy jest przejazd busem do bramy, czyli bezpośrednio na szlak (zawsze trzeba wynająć przewodnika i opłacić specjalne permity wejściowe – wejście indywidualne nie jest dozwolone, a wejścia są limitowane).

Przy bramie wejściowej Timpohon Gate na wysokości 1866m n.p.m. następuje rejestracja, odbywa się nadanie permitu wejściowego ze specjalną plakietką i teraz można już ruszać w drogę. Pierwszy etap to podejście pod schronisko Laban Rata, o którym pisałem powyżej. Nie jest ono trudne technicznie, ale trzeba pokonać ponad 1000 m i wspiąć się na 3273 m n.p.m. Następnie czeka nas nocleg w schronisku, odpoczynek połączony z posiłkami, a potem już zaczyna się prawdziwa przygoda 🙂

Wymarsz na szczyt odbywa się w godzinach 02.00-03.00, czyli w samym środku nocy. Wszyscy idą z latarkami, oświetlając sobie drogę, spiesząc na niezapomniany wschód słońca.

Szczyt Kinabalu to z całą pewnością jedyne miejsce na Borneo, gdzie temperatura spada do 0 stopni Celsjusza. Należy więc wziąć ze sobą ciepłą odzież. Widok ze szczytu jest jedyny w swoim rodzaju, szczególnie, gdy ma się świadomość, że jest to najwyższy szczyt w regionie południowo-wschodniej Azji.

Dodatkowych wrażeń w drodze na szczyt i ze szczytu dostarcza przejście przez różne strefy geobotaniczne, poczynając od dżungli, a kończąc na granitowych turniach. Wrażenia porównywalne chyba tylko z wejściem na szczyt Kilimandżaro w Afryce 😉

Wejście od schroniska Laban Rata na szczyt to około 3 godzin marszu połączonego z lekką wspinaczką skałkową.Każda osoba o przeciętnej sprawność fizycznej i dobrej kondycji poradzi sobie z tym doskonale. Pamiętać należy jedynie o ewentualności wystąpienia pierwszych objawów choroby wysokogórskiej (zawroty głowy, ból głowy, nudności – gdy wystąpią niezwłocznie należy przerwać marsz i powoli schodzić jak najniżej). Dla wytrawnych turystów wysokogórskich przygotowano tu również nie lada atrakcję. Mowa o jednej z najwyżej położonych na świecie via ferrat (ubezpieczonych szlaków wspinaczkowych), co dla tych, którzy kochają adrenalinę, jest również ciekawą alternatywą podejścia pod wierzchołek. W tym wypadku trzeba wykupić dłuższy permit i pozostać kilka dni dłużej w masywie Kinabalu.

Przyroda zachwyca tu swoją różnorodnością, mnóstwem gatunków flory i fauny, oczywiście im niżej, tym to bogactwo jest większe. Wprawny przewodnik – miałem szczęście trafić na takiego – zawsze na chwilę zboczy z trasy, żeby pokazać choćby  rosnące nieopodal dzbaneczniki, piękne rododendrony czy niespotykane nigdzie indziej gatunki endemitalne dla masywu Kinabalu.

Do wysokości około 1200 m n.p.m. masyw porastają lasy tropikalne. Dominują tu gatunki z rodziny Dipterocarpaceae (dwuskrzydłowate), które dorastają do wysokości ponad 50 metrów, tworząc swoiste baldachimy. Wytwarzają nasiona, które mają dwie  lub więcej struktur podobnych do skrzydeł, pomocnych w rozsiewaniu.

Można tu również spotkać wiele dzikich drzew owocowych, począwszy  od powszechnie występujących rambutanów, mango, durianów i fig, do niezwykłych terapów,  podobnych do chlebowca i mawang, smakujących jak mango. W lasach nizinnych występują rośliny z rodziny palm – w granicach parku zarejestrowano ponad 52 gatunki – a także bambusy i 30 gatunków roślin imbirowatych. Park Narodowy Kinabalu udokumentował też ponad 608 gatunków paproci. Niższe partie Kinabalu stanowią też  dom dla wielu gatunków storczyków. Szacuje się, że istnieje ponad 1000 gatunków storczyków ze 121 ich rodzajów.

W zalesionych partiach masywu Kinabalu żyją między innymi orangutany, a także makaki i borneańskie gibbony. Możemy tu spotkać cudowne lori o niezwykłych oczach i tzw. świnie brodate. Pełno tu wiewiórek nadrzewnych, łasic malajskich i jeżozwierzy. Faunę uzupełnia aż 326 gatunków ptaków oraz mnóstwo gatunków bezkręgowców.

Warto podjechać kilkadziesiąt kilometrów dalej, do parku Poring Hot Springs. Znajduje się tu ogród z kwitnącymi raflezjami, w różnych stadiach rozwoju, można też przespacerować się pośród tropikalnej roślinności po zawieszonych wysoko podestach, zwanych Canopy Walk, żeby z bliska przyjrzeć się cudownej przyrodzie regionu. Nie omieszkałem nie skorzystać z tej możliwości 🙂 Do Poring Hot Spring najlepiej dostać się busem z Kota Kinabalu (organizowane są też wycieczki przez biura turystyczne) albo wynajętym samochodem czy busem.

Poring Hot Springs także stanowi obszar dziewiczej puszczy równikowej, warto tu zajrzeć, by zagubić się w jej barwach, zapachach i odgłosach. Egzotyka przybyszy z dalekiej Europy wręcz oszałamia i onieśmiela, przynajmniej tak było ze mną. Żałowałem, że nie mogłem tu zostać dłużej, by lepiej poznać to miejsce i nacieszyć się tym wszystkim, co stanowi o wartości przyrody, występującej na tej wyspie.

Wszystko co dobre, szybko się kończy, podobnie było z moją wyprawą na Borneo. Wracałem do Kota Kinabalu z ogromnym poczuciem niedosytu, już na drugi dzień miałem lecieć do Kuala Lumpur i wracać do Europy. Z okna mojego hotelu widać było masyw Kinabalu, gdzie spędziłem niezapomniane chwile i dane mi było choć trochę poczuć potęgę miejscowej przyrody. Z okien startującego samolotu cyknąłem jeszcze kilka fotek nad Morzem Południowochińskim, uwieczniając wyspy z okalającymi je rafami koralowymi. Coś wam powiem: jeśli jest gdzieś raj, to chyba musi być zlokalizowany właśnie w tych okolicach:)

Centrum Kuala Lumpur, jednego z ośrodków stołecznych Malezji, oszałamiające nowoczesnością, stoi w wyraźnym kontraście z cudowną fauną i florą tego kraju.  Co mnie tu zachwyciło? Harmonijne połączenie nowoczesnych wysokościowców, w tym słynnych Petronas Towers i zieleni: drzew, krzewów, całych parków wkomponowanych w miejską zabudowę.

Jak podsumowałbym swój wyjazd do Malezji? Zobaczyłem tu miejsca, o których marzyłem, dotknąłem pierwotnej natury Borneo, dane mi było zanurzyć się w cudowny, pełen zapachów, kolorów i smaków egzotyczny świat, tak inny od miejsc, w których byłem dotychczas. To był mój pierwszy aż tak egzotyczny i daleki wyjazd.

Jednak wracałem z poczuciem niedosytu. Czy domyślacie się, dlaczego? Czego brakuje w mojej relacji z Malezji? Zdjęć. Już w pierwszym wpisie, w którym dokładnie opisałem przygotowania do podróży, posługiwałem się linkami, opowiadając o miejscach, w których byłem podczas postoju w Londynie, zamiast po prostu wrzucić zdjęcia, które tam zrobiłem. Zdziwieni? Zaraz poznacie powód. Brakuje też relacji i zdjęć z wizyty w Mulu, parku narodowym, usytuowanym w malezyjskiej części Borneo. Owszem, byłem tam, zrobiłem mnóstwo cudownych zdjęć i…

Pewnie się już domyślacie. Zginął mi aparat fotograficzny. Nie wiem, czy w trakcie powrotu z Deers Cave zgubiłem go w busie, czy też ktoś mi go ukradł? Nie wiem do dziś, jak to się stało. Dziesiątki cudownych ujęć wysokich na 100 metrów jaskiń, wylatujących z nich nietoperzy, niezwykłych zwierząt, żyjących w parku Mulu i wiele, wiele innych uwiecznionych na karcie aparatu chwil zniknęło w jednej chwili. Musiałem kupić drugi aparat i w ten sposób udokumentowałem choć część pobytu. Dobra rada i przestroga: lepiej od razu zrzucać zdjęcia do chmury czy na twardy dysk, bo nigdy nie wiadomo, co się może stać ze sprzętem. Przekonałem się bardzo boleśnie o tym i uczulam Was na to.

Na koniec mojego wpisu o Malezji zapraszam do obejrzenia zdjęć z Jaskini Jeleni w parku Mulu, który znajdziecie pod tym linkiem. Czy wrócę jeszcze na Borneo, by znów poczuć ogrom tych jaskiń, zobaczyć miliony nietoperzy wylatujących z otchłani, spojrzeć w twarz przyrodzie, która niczym nieskrępowana oszałamia, zachwyca i rozkochuje w sobie każdego?

Niewykluczone, że tak.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *